Złodziejka książek, czyli wojna rodem z bajki

Jeśli mam być szczera, to nie bardzo wiem o co w tym filmie w ogóle chodzi, bo wojny w nim prawie nie widać, a tytułowa złodziejka książek ma książki w ręku właściwie tylko jako rekwizyt. Całość przypomina raczej disnejowską bajkę. Jest nawet przysłowiowa zła macocha, która w pewnym momencie z bliżej niesprecyzowanego powodu przechodzi cudowną metamorfozę.

Złodziejka książek, czyli Liesel porzucona przez matkę trafia do rodziny zastępczej. Nowa matka (przed metamorfozą) jest chłodna i surowa, a ojciec to uosobienie ciepła, cierpliwości, życzliwości i… naiwności.

Zgaduję, że akcja toczy się w małym niemieckim miasteczku, bo w ponad dwugodzinnym filmie widać właściwie tylko dwie ulice i rynek, na którym pewnej nocy niezwykle widowiskowo płoną książki. Jedną z nich, dymiącą jak komin, Liesel ratuje z pożaru chowając ją za pazuchą.

Twórcy filmu, próbują mnie przekonać, że obywatele III Rzeszy wywieszający niemiecką flagę, palący zakazane przez nazistów książki i śpiewający faszystowskie piosenki robią to tylko na pokaz, a tak naprawdę przeżywają rozterki moralne, ukrywają Żydów w piwnicach i są antyfaszystami.

Zbyt cukierkowa sceneria i niemiecko – angielskie dialogi dobijają ten film. Nie ratuje go nawet scena finałowa, która w zamierzeniu pewnie miała być tragiczna i wycisnąć ze mnie łzy, albo chociaż mnie wzruszyć do głębi. Gdyby na początku filmu pokazały się disnejowskie uszy myszki Miki, to miałabym inne oczekiwania i film nie byłby beznadziejny, tylko po prostu kiepski.

Twórcom filmu należy się uznanie, że potrafili z dobrej książki zrobić taki słaby film.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *