Samotności stan krytyczny

Zbigniew Kruszyński

Kurator

Wydawnictwo W.A.B. 2014, seria archipelagi, stron 206

Bohaterem powieści jest łysawy z łupieżem, lekko otyły, ze szwankującą prostatą, czyli nieatrakcyjny i cierpiący na samotność facet po pięćdziesiątce. Na domiar złego jest przedstawicielem jednego z najbardziej samotnych zawodów świata, czyli jest tłumaczem literatury. To częściowo może wyjaśniać jego desperackie poszukiwania towarzystwa za pieniądze przez internet. Na początku wydaje się, że do przeglądania anonsów sprzedających swój czas i ciało kobiet ciągnie go chęć przeżycia erotycznej przygody. Dopiero z czasem okazuje się, że powody są nieco inne. To przede wszystkim tęsknota za bliskością.

Powieść jest niejednoznaczna, czytając nie umiem sobie wyobrazić finału, więc od mniej więcej połowy zaczynam się go wręcz bać. Czego się boję? Nie czytam przecież jakiegoś horroru, ani ociekającego krwią kryminału o psychopatycznym mordercy. Nie umiem tego wyjaśnić. Kiedy z kolejną „internetową” znajomością bohatera Martą, relacja tych dwojga wymyka się z ram określonych w anonsie, mój niepokój wzrasta. Bohater powieści zostaje nagle wyrwany ze swojego stanu permanentnej obojętności, w której miał tylko to za co zapłacił. Żadnych wzruszeń, czy porywów serca, jedyne emocje, które do tej pory przeżywał, to chyba tylko te przy tłumaczeniu wierszy, których i tak najprawdopodobniej nikt nie będzie chciał wydać.

Marta siadła nad matematyką, ma sprawdzian w poniedziałek. Ja wróciłem do tłumaczeń wierszy Erika Einara, których żadne wydawnictwo nie chce nawet za darmo, żądają tylko coraz głupszych kryminałów. Marzę o tym, że któryś przetłumaczę tak mściwie, żeby okazało się, iż kto inny zabił.

Marta staje się bezwiednie pomostem do normalności. Pozostaje tylko pytanie na ile normalności gotowy jest bohater? Czy potrafi i chce jeszcze wyjść poza imitacje bliskości? Między nim a maturzystką Martą tworzy się powoli szczególna więź, a cierpiący na dokuczliwą samotość tłumacz szwedzkiej literatury zaczyna się z czasem czuć coraz bardziej potrzebny i chce ochronić Martę przed pełnym okrucieństw światem. Nękany od czasu do czasu przez własne bolesne wspomnienia, wyzwala się z apatii emocjonalnej i zaczyna przywiązywać się na swój sposób do dziewczyny. Jest dla niej nawet gotowy stawić czoła demonom z przeszłości. Nie czuje się już kochankiem z ogłoszenia, raczej jej „kuratorem”. Problem polega tylko na tym, że ona i on zupełnie inaczej rozumieją czym jest bycie razem i czym w ogóle jest bliskość drugiego człowieka.

Kurator to powieść napisana wyjątkowym językiem, narracja trzecioosobowa miesza się tu z pierwszosobową, co daje nieoczekiwany i interesujący rezultat. Powieść Zbigniewa Kruszyńskiego należy do tego rodzaju prozy, która wprawia mnie w osłupienie. Jak to jest, że niektórzy mogą robić z językiem polskim co tylko chcą? Lepią z niego jak plasteliny, a rezultat jest absolutnie wyjątkowy. Chociaż nie jestem pewna, czy moja licealna polonistka (niewolnica podręcznika gramatyki) by się ze mną zgodziła, raczej dostałaby spazmów.

Przysłowiową wisienką na torcie było rzucenie czasami akcji w dobrze znane mi miejsca i brzmiące wyjątkowo znajomo poezje, które tłumaczył tytułowy kurator. To na pewno miało wpływ na mój odbiór lektury i jeszcze większy niepokój przed finałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *