Nieoczekiwane spotkanie z pisarzem

Okazuje się, że bycie zakurzoną kancelistką stwarza zupełnie nieoczekiwane możliwości. Na przykład nagle wchodzi do kancelarii pisarz Thomas Lundh, który oprócz tego że jest pisarzem, jest też dziennikarzem miejscowej gazety i akurat potrzebuje zdjęć sprzed mniej więcej stu lat do artykułu, który właśnie pisze.

Nie byłam pewna, że to on to on dopóki się nie przedstawił. Zmienił swój image totalnie. Wcześniej przypominał przysłowiowe ubiegłowieczne dziecko-kwiat z nowojorskiego Central Parku. Teraz skojarzył mi się raczej z reporterem wojennym, który za chwilę uda się w obszary objęte wojną i będzie stamtąd relacjonował na żywo przebieg walk. Przywitał się sympatycznie i podając mi rękę rozglądał się po biurze oczarowany portretami wiszącymi na ścianach. Na ramieniu dyndał zawieszony na pasku zaawansowany aparat fotograficzny godny rasowego paparazzi. Po kilku chwilach byliśmy zgodni, że dziś takich zdjęć jak te wiszące na ścianach już nie da się zrobić.

Chwilę potem pisarz usiadł przy stole konferencyjnym i zaczął przeglądać nasze albumy w poszukiwaniu interesujących go zdjęć. Lundh słynie z tego, że nie jest zbyt rozmowny, więc zapadła dość krępująca cisza. Dyskretnie wycofałam się do biura i zajęłam się swoją pracą, ale w końcu bookfowa ciekawość zwyciężyła i  zaatakowałam go pytaniem, czy i kiedy można się spodziewać dalszego ciągu kryminalnej historii, której akcja toczy się w naszej mieścinie. Lundh wyglądał na zdumionego, że czytałam tę powieść i zapytał, czy mi się podobała. Nie powiedziałam mu oczywiście, że było to mistrzostwo świata, bo nie było, ale ponieważ uważam, że była to zupełnie przyzwoita lektura, przytaknęłam, że owszem, podobała mi się i chętnie przeczytam ciąg dalszy. Autor wyglądał na bardzo zaskoczonego i powiedział, żebym nie spodziewała się dalszego ciągu, bo nie ma takich planów.

Tym razem to ja byłam zaskoczona, bo tekst na okładce wyraźnie sugerował, że jest to początek serii. Zaraz potem przypomniałam sobie, że całkiem niedawno w Erikshjälpen (Second Hand) kupiłam po pięć złotych za sztukę wszystkie wcześniejsze książki Lundha. Leżały ułożone w zgrabne stosiki, zupełnie nowe, jakby trafiły tutaj prosto z drukarni. Zastanawiałam się wtedy skąd się wzięły w Erikshjälpen. Teraz nie wykluczam, że może to sam autor pozbył się z domu wszystkich egzemplarzy autorskich.

No cóż, zawsze można mieć przecież nadzieję, że jednak zmieni zdanie i przwróci do życia komisarz Berit?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *