Wywiad bez pytań: Mirosław Tomaszewski

Po raz trzeci zapraszam czytelników bloga na wywiad bez pytań, czyli autor mówi co chce, a ja nie przeszkadzam zadawaniem pytań. Jest szansa, że dzięki temu dowiemy się czegoś, o co nikt nigdy nie pyta. Tym razem na „ofiarę” wybrałam Mirosława Tomaszewskiego. Odniósł się do mojego pomysłu z umiarkowanym entuzjazmem (z wywiadu dowiecie się dlaczego), ale bardzo mu dziękuję, że jednak dał się namówić.

Mam zaszczyt i przyjemność znać autora osobiście. Był uczestnikiem sopockiego spotkania: A może nad morze 2. Przeczytałam kilka sztuk teatralnych, które napisał i dwie z trzech dotąd wydanych powieści. Dzięki autorowi i jego żonie Marii odbyłam spacer roku, a potem zobaczyłam najpiękniejszy z możliwych widok na Gdynię i zatokę, za co bardzo dziękuję.

 

**Dossier**

urodzony jakiś czas temu w Gdyni,
mąż i ojciec,
z zawodu inżynier, z trzema opatentowanymi wynalazkami z dziedziny budowy maszyn,
autor: scenariuszy trzech seriali telewizyjnych, sztuk teatralnych (Osadzeni, Kopiuj wklej, Teściowa Hamleta, Stroiciel), powieści (Pełnomocnik, UGI, Marynarka) i dramatu Jak bracia,
pracuje nad czwartą powieścią, której akcja jest osadzona w Trójmieście w czasie stanu wojennego,
od października 2014 prowadzi warsztaty dla przyszłych scenarzystów w Gdyńskiej Szkole Filmowej,
prowadzi bloga i (wreszcie) ma profil na fejsie.

A teraz żadnych pytań, same odpowiedzi…

Wolałbym zwyczajny wywiad. Za komuny kabaret kwitł, bo cenzura zmuszała komików do posługiwania się językiem aluzji. Teraz kabarety mają trudniej, bo wszystko wolno. Wszystko co łatwe, jest z reguły słabsze. Ograniczenia zmuszają do wysiłku. Początkowo chciałem negocjować sposób wypowiedzi, ale w końcu postanowiłem uczynić z zasad tego wywiadu pierwsze z zagadnień do omówienia. Jako scenarzysta serialowy wciąż stawałem przed podobnym zadaniem „rozmawiania” dialogami w imieniu innych osób, które znałem tylko z innych dialogów i serialowych sytuacji. Tam było to jednak wielokrotnie łatwiejsze. Każda wypowiedź „samodzielna” sprawia mi poważny problem. Nie jestem osobą, która niepytana ma ochotę mówić o sobie. Dla mnie taka wsobna wypowiedź jest rodzajem samogwałtu, w przeciwieństwie do wywiadu, w którym chodzi o zwyczajny, zdrowy „sex” z drugą osobą, którą bez względu na płeć jest zadający pytania. Monolog bliski jest narcyzmowi albo działalności politycznej, co często jest z sobą powiązane. Wierzyć, że odpowiedź na własne pytanie jest tym, co innych też interesuje najbardziej, to uznawać się za pępek świata. Cecha ta wpisana jest nieodwołalnie w stereotyp artysty, ale moim zdaniem, jej prezentacja nie powinna być ulubionym zajęciem twórcy.

W powieściach nikt nie zadaje mi pytań naprowadzających, a jednak piszę i nie uważam tego za narcyzm, ponieważ pisanie powieści czy dramatów jest zawsze ubrane w jakąś formę, która w swoich najbardziej udanych odsłonach bywa sztuką. Tworzenie, to zakładanie maski i przemawianie w imieniu odrębnego bytu. Dopiero forma sprawia, że narracja o sobie zamienia się w historię o innych, o świecie. Oczywiście są dzieła, których twórcy opowiadając o swoim życiu, dają jednocześnie czytelnikom coś uniwersalnego. Zdarza się to jednak niezbyt często i wydaje mi się, że jest wytrychem jednokrotnego użytku. Spotykane jest to najczęściej w debiutach, gdy autor dzieli się ze swoim autentycznym, bardzo osobistym doświadczeniem. W następnym książkach nie da się już skutecznie tego powielać. Trzeba porzucić swoją historię i opowiadać nie tyle o sobie, ile przez siebie. Wymyślić cudze życie, czego ekwiwalentem w wywiadzie jest pytanie zadawane przez prowadzającego. Jego rola jest olbrzymia. Każdy inicjujący rozmowę staje się jej ważnym współautorem. Nawet mniej wygadani autorzy potrafią błyszczeć, gdy pytania zmuszają ich do wysiłku.

Uciekając przed posądzeniem o egotyzm mogę być posądzony o hipokryzję, bo prowadząc własnego bloga przemawiam w pierwszej osobie. Ocenianie swojej osoby pozostawiam innym. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że blog ma służyć mojej twórczości. www.tomaszewski.edumuz.pl to jest moja maska. Założyłem ją, bo dla nieznanego autora Internet jest ważnym narzędziem, które umiejętnie użyte, może bardzo pomóc w promocji, co już się dzieje, głównie dzięki aktywności żony, która stała się moim samozwańczym menagerem. Udało jej się zainspirować wielu blogerów do zrecenzowania mojej najnowszej powieści „Marynarka” i myślę, że to przyniesie jakiś plon. Internet stał się bardzo ważnym narzędziem demokratyzacji, nie tylko w arabskich rewolucjach, ale i w światowej kulturze. Już nie wszystko, jak jeszcze 20 lat temu, da się zignorować, zadekretować gdzieś tam „na górze” z kolegami. Mnóstwo młodych ludzi nie czyta papierowych gazet ani nie ogląda telewizji. Sam się do nich powoli przyłączam, czerpiąc większość informacji z sieci. Nie warto jednak ulegać złudzeniom – zawsze będzie tak, że najwięksi promotorzy znajdą skuteczne sposoby na wyparcie innych produktów swoimi, także wykorzystując Internet. Przewaga wiedzy i technologii ma znaczenie.

Twórczy ekshibicjonizm. Jestem introwertykiem, ale ta cecha nie dotyczy twórczości. Chyba nie ma twórcy, który jest doskonale skromny. Już w samej definicji artystycznej kreacji jest chęć bycia oglądanym, słuchanym, podziwianym, chociaż niekoniecznie sławnym. Nie da się tworzyć, bez pewnej dawki samouwielbienia. Nie sądzę, żeby była ona większa niż u rolnika, księgowej, czy profesora, ale u twórcy objawia się w szczególny sposób. Każdy autor wystawia się na strzał, co szczególnie dotyczy tych, którzy osiągają sukcesy, a już wybitnie w niezbyt bogatych społeczeństwach z dużymi aspiracjami. Co pewien czas przelewa się fala medialnego wzburzenia na tych „darmozjadów”, którzy chcieliby żyć z podatków uczciwie zarabiających ludzi. Wciąż wysuwany jest postulat – niech zarobią na siebie sami. Jeśli nikt nie chce ich czytać, oglądać, to znaczy, że są nic nie warci. Ciekawe, że podobne postulaty nie dotyczą edukacji, służby zdrowia, wojska i policji, która przecież też mogłaby zarobić na siebie wlepiając więcej mandatów. W Rosji udało się już nawet stworzyć funkcjonującą w podobny sposób samofinansującą się służbę państwową, która uprawia reket na spółkę z mafią. A może wojsko powinno najechać jakiś słabszy kraj, by zdobyć łupy na żołdy i nowe samoloty? Dlaczego nie, skoro artyści mają na siebie zarabiać. Brutalna prawda jest taka, że wymienione dziedziny życia uznane są za mimo wszystko niezbędne, w przeciwieństwie do kultury. Ta wydaje się być potrzebna coraz mniej, co widać choćby po czytelnictwie książek, wielokrotnie niższym w Polsce niż w Szwecji czy Czechach. Jeszcze dwie dekady obowiązywania testowego systemu ocen w szkołach i zmiany będą nieodwracalne. Nikt nie będzie w stanie przeczytać tekstu dłuższego niż pięć zdań.

Mój grzech ciężki. Pycha, której nie mogę się pozbyć. Skoro marzę o tym, żeby tysiące ludzi zapoznawało się z moimi wymyślonymi historiami, jeśli śmiem zabierać komuś czas i uwagę, którą mogliby poświęcić swoim dzieciom, nauce angielskiego albo opiece nad chorą matką, to nie mam innego wyjścia. Muszę grzeszyć. Inaczej nie mógłbym tworzyć. A wtedy by mnie nie było. Czy to jest jakieś usprawiedliwienie…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *