Szczęk szpady i szelest płaszcza

Wojciech Kłosowski

Nauczyciel sztuki

Wydawnictwo krytyki politycznej, 2013, stron 547

Ten rodzaj literatury to coś po co właściwie nigdy nie sięgam. No i proszę, niespodzianka. Przeczytałam debiutancką powieść samorządowego eksperta Wojciecha Kłosowskiego Nauczyciel Sztuki, której akcja toczy się w XVI-wiecznej Hiszpanii, chociaż zwykle trzymam się raczej obecnego i ubiegłego stulecia. Pewnie tak by się nie stało, gdyby sam autor mnie nie zachęcił przysyłając mi egzemplarz (za co bardzo dziękuję) i gdyby nie… szata graficzna książki. Pomysłowa okładka (powieść zaczyna się już na okładce) i bardzo zagadkowe ilustracje Hanny Gill-Piątek wpadły mi w oko. Rzadko kiedy oglądam książkowe ilustracje z tak intensywną uwagą jak oglądałam właśnie te. Szkoda tylko, że całość zepsuł korektor.

Półtorej strony „Od autora” na samym początku trochę mnie zmyliło, bo trochę potrwało zanim zasugerowany przez autora na początku wpływ przypadku na losy świata dał się zauważyć. Nie będę ukrywać, że pierwsze rozdziały lekko mnie znudziły zbyt szczegółowymi opisami techniki walki i turnieju szermierczego, którego zwycięzca miał zaszczyt zostać nauczycielem piętnastoletniego księcia.

Zasady organizacyjne turnieju i strategia wyzywania na turniejowy pojedynek tzw. mistrzów sztuki były jednak dość interesującym wątkiem. „Sztuka” to nie tylko kodeks zasad fechtunku, ale cała związana z nim filozofia walki, której trzeba się nauczyć, zanim będzie miało się szansę zostać mistrzem. Nudnawe opisy walk kolejnych etapów turnieju przeplatane były ciekawymi filozoficznymi rozważaniami o zasadach fechtunku, więc udało mi się jakoś przebrnąć szczęśliwie przez cały turniej. Wątek pedagogiczny to nie wszystko. Autor stopniowo wprowadza czytelnika w wielowątkową kryminalną intrygę, szczękają szable i miecze, pojawia się tajemniczy truciciel i wiele innych postaci (w tym same mądre i inteligentne kobiety w różnym wieku) oraz kot.

Autor snuje swoją opowieść lekko archaicznym językiem wielopłaszczyznowo, czasem rzuci jakąś złotą myśl, czasem trochę jakby bardziej współczesny żart, ale kiedy na scenę wkroczy pełen nienawiści i żądny zemsty inkwizytor Jean-Claude Hobereau, robi się już tylko strasznie. Hobereau to fanatyczne wcielenie zła, jednak mam wrażenie, że został potraktowany przez autora trochę zbyt powierzchownie. Nie ma jednak żadnej wątpliwości, że ten bełkoczący bez sensu typ, to opętany szaleniec, któremu torturowanie sprawia przyjemność, a swoje wysokie stanowisko w kościelnej hierarchi wykorzystuje także do osobistych porachunków.

Podoba mi się, że autor nie pisze o kościele w pozycji na kolanach, mówi bez ogródek o okrucieństwach kościoła katolickiego w czasach inkwizycji i polowań na czarownice, o których raczej się milczy, bo trend jest taki, że o kościele należy mówić dobrze lub bardzo dobrze, albo wcale. Podoba mi się też, że powieściowy fanatyzm walczący z tolerancją nie tylko mieczem, ale także intrygą i trucizną przegrywa między innymi z powodu zwykłego przypadku, a nie tylko mądrości i przebiegłości pozytywnych bohaterów powieści.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *