Społecznie użyteczny

Thomas Lundh

Stilla flyter död i Lagan (Po Lagan śmierć płynie spokojnie)

GOTJ förlag, 2010, stron 346

Autor powieści jest dziennikarzem wychodzącej w naszym mieście gazety, czyli przy okazji kolegą z pracy mojej starszej córki. To był więc pierwszy powód dla którego sięgnęłam po tę książkę. Wydał wcześniej dwie powieści i zbiory felietonów, a tym razem napisał kryminał. Mało tego, nie dość, że to kryminał, to jego akcja toczy się w mieście, w którym mieszkam i pierwsze zwłoki zostają znalezione kilkaset metrów od mojego domu. I to był drugi powód, dla którego sięgnęłam po tę książkę.

Wyszła na krótko przed świętami, więc wpisałam ją na listę prezentów, które bym chciała znaleźć pod choinką. Była nawet na pierwszym miejscu tej listy! Nakład rozchodził się niepokojąco szybko. Kolejka w bibliotece ustawiła się po nią na wiele tygodni naprzód, więc pękłam i pobiegłam do księgarni. Akurat była jakaś promocja, wiec do każdego egzemplarza tego kryminału dodawali jeszcze zbiór felietonów o naszym mieście. Na szafce leżały DWA ostatnie egzemplarze, więc oczywiście natychmiast kupiłam ten przedostatni.

Za czytanie miałam się wziąć w przerwie świątecznej, ale okoliczności były mało sprzyjające czytaniu w spokoju, więc wzięłam się za nią dopiero po powrocie z Polski. Jestem właśnie po lekturze i niestety daleka od zachwytu. Całość prezentuje się jak efekt pracy rzemieślnika harującego w pocie czoła. Kiepski styl i intryga też taka sobie. Wiadomo, że w moim mieście nie dzieje się nic, co by się nadawało na zapierający dech w piersi kryminał, wiec autor fantazjował, dość zręcznie mieszając fantazję z rzeczywistością. Tak wiec na gościnne występy prosto z  Malmö zjechała do mojego miasta bałkańska mafia. Całość akcji obejmuje trzy dni, wszystkie podczas tzw. dni miasta, czyli wielkiej imprezy w centrum, kiedy to tysiące ludzi codziennie imprezuje przy piwie, muzyce i kebabie z łosia. Był to konieczny zabieg, gdyż w innych okolicznościach nie byłoby możliwe, żeby główna bohaterka spotkała kogokolwiek w centrum miasta, które na co dzień jest zupełnie wyludnione, a tłum miał kluczowe znaczenie dla całej akcji.

Autor miał jakieś dziwne zacięcie, by jego książka nie była tylko zwykłym kryminałem, ale miała też mieć jakieś głębsze przesłanie, być społecznie użyteczna. Miała więc przy okazji napiętnować kiepskie rodzicielstwo i nadmierne bogactwo, które szczęścia nie daje i często idzie w parze z naiwnością, głupotą i pazernością. Wokół tego motywu przewodniego buduje całą intrygę, której główną bohaterką jest Berit Björkman, były żołnierz w Libanie, później policjantka a na końcu właścicielka campingu, który choć leży na uboczu, to leży dość blisko centrum, nad rzeką Lagan. Berit to taki trochę cyborg bez emocji, węszący ciągle jak policyjny pies.

Ogólnie rzecz biorąc, gdyby nie miejsce akcji, to pewnie w ogóle bym nie sięgnęła po tę książkę. Raczej na pewno Berit nie stanie się nigdy tak sławna jak Beck, czy Wallander, więc mojego miasta nie najadą też nagle chmary turystów. Przyznam się, że niezwykłym uczuciem było czytać o miejscach znanych dokładnie z realu i ludziach, których też znam, choćby tylko z widzenia i ze słyszenia. Autor wykorzystał  postaci wymyślone i istniejące naprawdę.

Okładka książki sugeruje, że może pojawić się więcej kryminałów z Berit w roli głównej i pewnie je też przeczytam, ale tym razem poczekam spokojnie i wypożyczę je w bibliotece. Nie będą na pewno należeć do gatunku „musze mieć”.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *