Studium (konradowego) szaleństwa

Thomas Bernhard

Kalkwerk

Officyna wydawnictwo, 2010, stron 238

Zacznę od tego, że wydawnictwo Officyna zaproponowało mi, żebym sobie wybrała dowolną lekturę. Jedną z dwóch książek, które zwróciły moją szczególną uwagę (choć właściwie interesujące było prawie wszystko) był Kalkwerk Thomasa Bernharda.

W tej powieści wszystko jest dziwne. Miejsce akcji, czyli Kalkwerk (wapniarnia), główny bohater powieści Konrad, oraz wszyscy plotkarze, dzięki którym narrator składa całą tę historię do kupy. Każdy plotkarz ma swoją wersję zbrodni, którą Konrad popełnił na swojej żonie. Wszystko, co opowiadają po zbrodni o osobach tego dramatu ma dodać pikanterii całej tej historii i jednocześnie spróbować ją wyjaśnić.

Konrad przedstawiany jest jako wariat, lub jak kto woli, niespełniony geniusz. Dla mnie jest kompletnym szaleńcem, który ubzdurał sobie, że słyszy lepiej od innych i dlatego winny jest światu studium „O słuchu”, nad którym od lat pracuje i które właściwie gotowe nosi w głowie. Jego problem polega na tym, że nie umie przelać na papier tego, co roi sobie w głowie. Wciąż “eksperymentuje”, aby jego dzieło było pełniejsze, a jego eksperymenty, to nic innego jak psychiczne maltretowanie własnej żony, która przez swoje zaawansowane kalectwo zdana jest na jego łaskę i niełaskę.

On, Konrad tyranizuje żonę niezrozumiałymi zdaniami, które raz głośno, raz cicho, raz szybko, raz powoli wmawia na przemian do jej obu nabrzmiałych bólem uszu, a przy tym każe biedaczce, tak zawsze mówiono o Konradowej, komentować wmawiane jej zdania aż do utraty przytomności. Konradowa bywa często tak wyczerpana, że na to co do niej mówi, przestaje reagować, mówią ludzie u Laski, ale mąż nie daje jej chwili wytchnienia i kontynuuje tak zwaną metodę Urbantschitscha pomimo jej totalnego wyczerpania, a więc i braku współuczestnictwa, jeszcze przez długie godziny, zaś w niektóre noce nawet do czwartej nad ranem et cetera.

Im dalej w las, czyli w głąb powieści, tym bardziej “cieszy” mnie ta zbrodnia. Była dla Konradowej prawdziwym wybawieniem. To koniec koszmaru, który zgotował jej, chory psychicznie mąż. Uwięziona na całe lata w Kalkwerk, bez jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym powoli też popada w obłęd. Ale kto by nie popadł?

” (…) Konradowie kazali zakratować wszystkie okna i oryglować wszystkie drzwi, kazali zrobić zasuwy również do wewnętrznych drzwi Kalkwerk.

(…) Kalkwerk jest całkowicie obwarowany, niczego się nie dostrzeże i niczego się nie zobaczy.

(…) Jakże często przypatrywał się ludziom, którzy wyłaniali się za wysokopnących krzaków i w przerażeniu robili w tył zwrot, ciągle ten sam mechanizm, miał powiedzieć Konrad, ludzie wyłaniają się zza krzaków i momentalnie robią w tył zwrot albo wprawdzie wstępują do Kalkwerk, lecz natychmiast umykają.

(… ) Budowle takie jak Kalkwerk bezustannie przyciągają ludzi, którymi kieruje jedynie chęć popełnienia zbrodni i na nic nie zda się obmurowywanie, barykadowanie oraz tak zwana znajomość ludzi, opierająca się jeszcze ciągle na fizjonomicznej spekulacji, która w rezultacie prowadzi do fałszywych sądów. Nic bardziej nie zwodzi niż ludzka twarz, miał powiedzieć Konrad do Wiesera.”

To pierwsza powieść tego autora, która wpadła mi w ręce. W notce o nim przeczytałam, ze przez jednych był uwielbiany, a przez drugich nienawidzony. Nie dziwi mnie żadna z tych opinii. Nie trzymał się żadnych przyjętych schematów, pisał co chciał i pisał jak chciał. W Kalkwerk nie ma akapitów, rozdziałów ani żadnych dialogów. Pełne powtórzeń, wielokrotnie złożone zdania budują jednolity tekst strona po stronie. Można to śmiało nazwać pisarskim bełkotem, dla mnie genialnym. Też nie lubię się trzymać kurczowo wszystkich zasad stylistyki, które latami wbijano mi w szkole do głowy. To zabija indywidualność, wiec zabiegi autora zamiast mnie oburzać, wzbudzają we mnie entuzjazm. Gdyby lektor miał to przeczytać zgodnie z powieściową interpunkcją, miałby spory problem żeby złapać oddech.

Oczywiście, każdy ma inna wrażliwość na zasady pisowni i ortografii. Moja tolerancja kończy się przy błędach ortograficznych i swobodnym żonglowaniu przypadkami. Całkiem niedawno trafiłam w sieci na zastępcę dyrektora od kultury (???), który nie toleruje powtórzeń, myli dopełniacz z biernikiem i uważa, ze 180 stopni w matematyce oznacza 360 stopni w literaturze…

Nie dziwi mnie więc aż tak bardzo fakt, że twórczość Bernharda może wzbudzać w czytelnikach skrajne emocje, choćby ze względu na samą formę przekazu.

Nie da się o tej książce napisać, ze jest dobra lub zła. Szokująca pod każdym względem, będzie chyba najlepszym określeniem. Dla tych, którzy lubią literackie eksperymenty, rzecz godna polecenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *