Targi książki, Göteborg 2010

Wybrałam się na targi książki. Byłam tam pierwszego dnia, czyli w dniu dla ludzi z branży, chociaż do branży (jeszcze) się nie zaliczam. Wejściówki branżowe zafundowało nam wydawnictwo, w którym pracuje moja starsza córcia. Pojechałyśmy z młodszą wcześnie rano pociągiem do Geteborga na cały dzień. Dotarłyśmy na miejsce zaraz po otwarciu, ale i tak był tam już wielki tłum, który gęstniał  jeszcze bardziej z każdą kolejną godziną. Setki boksów różnych wydawnictw i innych firm związanych mniej lub bardziej pośrednio z rynkiem wydawniczym zrobiło na nas spore wrażenie.

Z planem targów w ręku udało nam się wszędzie trafić na czas, żeby nie przegapić spotkań z pisarkami, na których szczególnie nam zależało. Bonnier, który gościł Sofi Oksanen ułożył cale stosy jej powiesci „Oczyszczenie” w centrum swojego mega wielkiego boksu. Spotkanie z pisarką trwało krótko, bo tylko około kwadransa, ale potem Sofi była jeszcze przez jakiś czas do dyspozycji czytelników sygnując swoją powieść.

Strategicznie stanęłam w pobliżu stolika, przy którym miała podpisywać egzemplarze, w większości zakupione przez czytelników tuż obok. Bonnier wydał Oczyszczenie w dość dużym formacie, na grubym papierze i z własną okładką. Mój polski egzemplarz rzucił się jej więc natychmiast w oczy i pewnie dzieki temu udało mi się z nia nawet zamienić parę słów. Za komplement, że napisała doskonałą powieść, jedną z najlepszych jakie kiedykolwiek czytałam, uprzejmie podziękowała.

Pierwszym zdobywcą autografu okazał się mały facecik, który pojawił się nagle znikąd i zręcznie wepchnął się przed ustawiającą się za mną kolejkę. W ręku trzymał puszkę sardynek. Zażyczył sobie wpisu do książki Niech żyje Estonia! w języku francuskim, a potem wręczył Sofi tę puszkę, na widok której wdzięcznie się roześmiała. Miałam więc przez chwilę okazję przyjrzeć się jej i pierwsze co nasunęło mi się na myśl to to, że ta filigranowa kobieta kojarzy mi się z rajskim ptakiem. Sceniczny makijaż, perłowy, prawie biały puder i wyraźna szminka tylko potęgowały to wrażenie. Całości dopełniała burza różowo-czarnych dredów, elegancki strój i czerwone zamszowe buty na niebotycznych obcasach.

Drugą pisarką, która miała spotkanie z czytelnikami tego dnia była Johanna Thydell (blondynka z prawej na fotce poniżej). Promowała swoją trzecią książkę Ursäkta att man vill bli lite älskad ( Przepraszam, że chce się być trochę kochanym).

Śledzę jej „pisarskie losy” już od wielu lat. Pochodzi z mojego miasta i zanim zadebiutowała jako pisarka (brawurowo zgarniając od razu najbardziej prestiżową szwedzką nagrodę Augustpriset za najlepszy debiut) pisała felietony w lokalnej gazecie. Tym sposobem wpadła mi w oko jako niezwykle utalentowana młoda osoba, o której (byłam tego pewna!) świat na pewno kiedyś usłyszy. Miałam też szczęście poznać ją kiedyś osobiście, kiedy to pewien krakowski oszust (korci mnie, żeby podać jego nazwisko) niby próbował wydać jej pierwszą powieść w moim tłumaczeniu. Zdążyłam przetłumaczyć jakieś 50 stron zanim oszustwo się wydało. Ciągle mam nadzieję, że kiedyś trafi mi się poważny wydawca, który zechce wydać jej powieść i, że to ja ją przetłumaczę. Johanna była w świetnej formie, opowiadała o książce i obiecywała, że nie będzie przy niej wylewania łez. Kiedy podpisywała mój egzemplarz, zażartowałam, ze trzymam ją za słowo i mam nadzieję, że tę powieść uda mi się przeczytać na sucho.

Nazbierałam na targach masę różnych broszur i katalogów z nowościami, które ciągle czekają na dokładniejsze przestudiowanie. Zakupy targowe udały się też mojej córci, wróciła z siedmioma nowymi książkami.

Bylo cudnie! Za rok też się wybieramy!

A na koniec zupełnie nie na temat: od przyszłego tygodnia zaczynam pracę w bibliotece!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *