Tego się nie da opisać. To trzeba zobaczyć.

Na miejscu zbiórki byłam na tyle punktualnie, że nie było jeszcze nikogo innego. Nawet, zanim ktoś przyszedł, zdążyłam wpaść w panikę, czy czegoś nie pomyliłam, czy jestem w dobrym miejscu i w odpowiednim czasie. W ciągu kwadransa zebrała się jednak cała nasza sześcioosobowa ekipa i już mieliśmy wyjeżdżać, kiedy nagle mój bibliobusowy kolega z rozbrajającym uśmiechem oznajmił, że nie ma biletu wstępu, że chyba w ogóle nie dostał i że był pewny, że ktoś ma dla niego jeden. Zaczęło się paniczne poszukiwanie. Ja przeryłam biurko kolegi, on sam udał się do gabinetu szefowej sprawdzić czy tam gdzieś nie leży, a inni próbowali pożyczyć bilet od kogoś, kto wybierał się w piątek, w nadziei, że ten czwartkowy kolegi znajdzie się później. Szybkie śledztwo przeprowadzone na ulicy, pod drzwiami dla personelu dało efekt, bilet znalazł się w portfelu kolegi. Ruszyliśmy…

Na miejsce zajechaliśmy mniej więcej o pół do dziesiątej i zaparkowaliśmy na dachu pobliskiego parkingowca, bo niżej nie było już żadnych wolnych miejsc. Potem był kolejny problem z automatem biletowym, grymasił na karty kredytowe, ale w końcu jedną przyjął. Wreszcie mogliśmy ruszyć na targi. Nie trzeba było nawet znać drogi, po prostu wystarczyło iść tam gdzie podążał zbity tłum.

Serce zaczęło mi bić szybciej…

Zaraz przy wejściu trafiłam na uroczystą premierę katalogu książek dla dzieci i młodzieży. Johan Unenge, znany pisarz młodzieżowy opowiadał o tym projekcie z wielkim zapałem, jak na ambasadora literatury młodzieżowej przystało. Bardzo fajna idea; jurorami są wszyscy czytelnicy i wybierają z prezentowanych w katalogu książkę roku. Po krótkiej przemowie Johan Unenge zerwał folię ze skrzyni…

… i wreszcie wszyscy mogli się częstować katalogiem.

Zaraz obok trafiłam na stoisko Młodych Opowiadaczy. Kolejny świetny pomysł żeby wyławiać młode talenty już w szkołach podstawowych. Każdy kto czuje się na siłach może chwycić za pióro, a potem jest książka. Młode talenty trzeba promować i wspierać. Kupiłam więc dwa tytuły.

Potem skierowałam swoje kroki prosto do stoiska Instytutu Polskiego. Trafiłam jak po sznurku dzięki mapie orientacyjnej. Ulokowani skromnie z boku, w miniaturowym boksie, na dodatek razem z Czechami i Rumunami, nie byli trudni do znalezienia. Wystarczyło iść wzdłuż ściany…

Mały okrągły stoliczek, do spółki z Czechami. Bardziej ubogo już chyba się nie dało. Żadnych książek, które przykuły by uwagę. Po prostu mistrzostwo świata bylejakości. Takie jakby nieuporządkowane do końca biuro na wyjeździe. Cóż mogę powiedzieć o polskiej prezentacji innego, że bardzo skromna? Sami zobaczcie. To wszystko…

Brakowało tylko afisza: Nic nie mamy, bo Polacy nie czytają. Witajcie w kraju wtórnych analfabetów.

Do tego wszystkiego, kiedy zapytałam o przedstawiciela Polskiego Instytutu, to usłyszałam, że gdzieś sobie poszedł! Początek targów, gości masa, wszyscy na stanowiskach, pełni oczekiwania, a nasz przedstawiciel gdzieś sobie poszedł! Nie do wiary. Byłam uparta i po paru godzinach wróciłam i znów go nie zastałam. Aż trudno uwierzyć w takiego pecha.

Wzięłam te polskie broszury (tylko po angielsku, choć targi w Göteborgu, a nie w Londynie czy Nowym Jorku) i zaraz zrobiło mi się jeszcze bardziej przykro, kiedy mój wzrok padł na leżące w pobliżu duńskie broszury. Boks duński był minimalistycznie piękny, a w ogóle pomysłowości niektórym naprawdę nie brakowało. W boksie prezentującym książki podróżnicze, za stół do prezentacji posłużył jeep.

Do seminarium miałam jeszcze godzinę, więc ruszyłam na stoiska znanych, dużych wydawnictw. Aż roiło się tam od nowości. Dla tych, którym podobała się Ninni Schulman, dobra wiadomość. Jest kolejna powieść, druga w serii.

Opowiadania mojego absolutnego faworyta Johana Theorina też były bardzo widoczne, choć samego autora nie udało mi się niestety wypatrzyć w tłumie.

C.D.N.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *