Śliwki w czekoladzie 2010, czyli bookfowe delicje literackie

Nie jestem na tyle zorganizowana, żeby rzucić tu jakieś powalająco dokładne statystyki. Nie policzyłam nawet, ile książek przeczytałam w ubiegłym roku. Akurat nie to jest dla mnie najważniejsze. Dla mnie ważna jest „śliwka w czekoladzie”, czyli prawdziwa delicja literacka, czyli książka, która zrobiła na mnie największe wrażenie.

Rok 2010 był udany, bo takie śliwki są nawet dwie. Jedną jest Nocna zamieć, a drugą Zmierzch. Był to zdecydowanie rok Johana Theorina. Przegrał z nim niestety nawet  Stieg Larsson z trylogią Millennium, choć czytając ją byłam prawie przekonana, że to będzie na pewno najlepsze, co czytałam do tej pory. Jestem do dziś pod wrażeniem Lisbeth Salander. Mam nadzieje, że nie zostanę posądzona o patriotyzm lokalny, bo obydwaj autorzy to Szwedzi.

Reasumując, to przeczytałam w 2010 zdecydowanie za mało. Tegoroczna obietnica, to lepiej się zorganizować, żeby WIĘCEJ czytać. Może się uda.

Inwentaryzacja tego, co pojawiło się na blogu wygląda wizualnie tak…

Chciałam bardzo podziękować wszystkim czytającym bookfowe zapiski, bo przyznam się, że spodziewałam się, że będzie tu zaglądać tylko kilka osób, a zaglądają setki. Wejścia odbywają się czasem z bardzo hm… nietypowych stron internetowych, np. miłośników ziemi radomskiej, czy gwiazd męskich nago.

Szczególne podziękowania dla tych, którzy zostawiają tu „ślad” po swojej wizycie w postaci komentarza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *