Sherlock Holmes, czyli trudno mi dogodzić

Pewnie się nie znam i nie wiem co dobre, ale nigdy nie podobały mi się historie o Holmesie. Ani w ogóle książki sir Arthura Conan Doyle’a (wyjątek to Pies Baskerville’ów). Sherlock Holmes to nudziarz z fajką, ubrany jak pajac i znęcający się nad skrzypcami. Może i genialny, choć ten geniusz jak dla mnie za bardzo naciągany. Pojawiły się ostatnio nowe produkcje z Holmesem, kinowa (2009), osadzona w epoce i trzyodcinkowy, uwspółcześniony serial BBC (2010), w którym podobno Holmes korzysta z komputera, a Watson pisze blog (sic!).

Żeby dać mu szansę, a właściwie dać sobie szansę, postanowiłam najpierw obejrzeć zachwalany przez niektórych film kinowy Sherlock Holmes Guy’a Ritchie. I zawiodłam się po raz kolejny. Podobno zrealizowany luźno na motywach powieści Conan Doyle’a, ale nie jestem pewna, czy po prostu nie chodziło tylko o pożyczenie samej postaci słynnego detektywa. Tutaj Holmes to jakiś super arogancki dziwak, macho na kacu, często niedomyty. Nie wiem, czy trudno utrafić w mój gust, czy po prostu zawzięłam się na niego, ale po raz kolejny Holmes nie przypadł mi do gustu. Film w konwencji Matrixa też mi nie pasuje do tej epoki, choć generalnie efekty specjalne są niezłe. Ratuje go tylko świetna muzyka Hansa Zimmera i obsada. Dwie role główne to ciacha Downey Jr. i Law, czyli jest na czym zawiesić oko. I nic więcej. Nie rozumiem zachwytów nad tym filmem, a końcowe akrobacje kilkadziesiąt metrów nad Tamizą tak się ciągną, że są aż nudne i w końcu marzy mi się, żeby któryś wreszcie wpadł do wody!

Jeszcze został mi miniserial BBC…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *