Serialowy Larsson, czyli powiedziałam i mam

Oglądając ekranizacje kinowe Millennium psioczyłam, że film za krótki, za dużo skrótów i w ogóle wszystko jakoś tak po łebkach. Upierałam się, że millenijna trylogia to materiał wyjątkowo nadający się na serial.

Jest takie powiedzenie: mówisz i masz. No i mam, a właściwie: mamy! Jest telewizyjny serial złożony z sześciu 90-minutowych odcinków. Właśnie obejrzałam drugi odcinek, czyli cały pierwszy sfilmowany tom trylogii. Mogę powiedzieć, że czuje się usatysfakcjonowana. Niby tylko kilkadziesiąt minut więcej, a jaki efekt!

Serial jest dość wierny powieści. Nie ma rwących się wątków, wszystko co jest, jest jasne i podane na tacy od początku do końca. Co tu dużo gadać: serial jest po prostu świetny! Ci, co czytali książkę nie będą gubić się w wątkach i denerwować kolejnymi skrótami myślowymi scenarzysty! Serialowi naprawdę udało się nie zepsuć pierwowzoru.

Przyglądałam się tym razem dość dokładnie Mikaelowi filmowemu i Mikaelowi aktorowi. Naczytałam się tyle krytycznych uwag na temat tego ostatniego, że zaczęłam się zastanawiać, czy ja niedowidzę, czy po prostu hollywoodzki typ amanta jest potrzebny, żeby udowodnić widzom prawdziwość relacji damsko-męskich głównego bohatera? Czy facet musi wyglądać jak Clooney, żeby można było uwierzyć, że życie prywatne książkowego Mikaela mogło wyglądać tak jak opisał je Larsson?

Miłośniczki męskiej urody, nie wszystko stracone! Hollywood wyprodukuje niedługo swoja wersję Millennium i może Mikael będzie piękny jak np. Clooney!Jest tylko jedno „ale”. Film amerykański nigdy nie będzie w stanie oddać atmosfery, która wali w czytelnika z każdej kolejnej strony powieści.

Ja jestem usatysfakcjonowana serialem. Choć ciągle uważam jednak, że historia rodziny Vanger jest za bardzo okrojona. Gorąco polecam serial!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *