Brown czy Kosin?

Renata Kosin

Tajemnice Luizy Bein

Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2014, stron 528

Jako smarkata czytelniczka uwielbiałam wszelkie zagadkowe historie, a moim absolutnym faworytem były opowieści z wielką tajemnicą w tle. Ostatnio panuje trend na tajemnicze historie połączone z wyjazdem głównej bohaterki na wieś w celu rozpoczęcia nowego życia lub przejęcia nieoczekiwanego spadku po nieznanym przodku. Po przeczytaniu kilkunastu bardzo do siebie podobnych powieści obiecałam sobie, że będę się starała unikać kolejnych. I przez tę ostrożność o mały włos przegapiłabym Tajemnice Luizy Bein (drugi tom tej rodzinnej sagi pod tytułem Kołysanka dla Rosalie czeka jeszcze na przeczytanie).

Dałam się jednak złapać na opis książki:

Na starówce w warmińskim miasteczku archeolodzy odkrywają cmentarzysko mnichów. Pośród zakonników znajdują szczątki kobiety w wianku ze srebrnych róż i z dzieckiem w objęciach. Okazuje się, że to Luiza Bein, dziedziczka i filantropka, której grób dotąd pozostawał nieznany. Ale kim jest dziecko? Kobieta miała tylko jednego syna, który dożył sędziwego wieku.

Tajemniczo jest od samego początku. W prologu jakaś niewymieniona na razie z imienia bohaterka po starannym odliczeniu kolejnych desek podłogowych wśród pajęczyn i wiekowego brudu odnajduje w skrytce na strychu opuszczonego pałacu tajemniczy pakunek. Nagle w pałacowych ruinach robi się dość tłoczno i poszukiwaczce skarbów od uderzenia w głowę urywa się film, a we mnie budzi się ciekawość dawnej smarkatej czytelniczki i już wiem, że mam w ręku powieść, która na pewno mi się spodoba. Po kilku kolejnych stronach mam pewność, że będzie wielka tajemnica bez wyjazdu na wieś po nowe życie. Będzie za to wyjazd do Szwajcarii, który między innymi, stanie się pretekstem do skonfrontowania dwóch kultur.

Studentka dziennikarstwa Klara Figiel w odkryciu archeologów z Barczewa widzi swoją szansę. Oto sensacyjna historia na jaką czasami dziennikarz czeka całe życie! Klara postanawia więc na własną rękę rozwikłać tajemniczą zagadkę, której tropy wiodą prosto do Szwajcarii. I tak zaczyna się fascynująca opowieść, od której trudno się oderwać, rozmachem przypominająca słynne powieści Dana Browna. Z wielką dbałością o szczegóły, interesująco sportretowanymi bohaterami autorka przedstawia skomplikowaną, pełną dramatycznych momentów historię rodziny Beinów. Czytając tę powieść trudno się oprzeć myśli, że nic tak nie komplikuje ludziom życia jak oni sami. W powieści nie brakuje w momentów humorystycznych, pełnych ironii dialogów, a wątki historyczny, kryminalny i psychologiczny zaskakująco zgrabnie się przeplatają. Co prawda współczesny wątek kryminalny jest miejscami dość przewidywalny, ale całościowo historia nieźle się broni.

– Powiedz, czy on cię… wykorzystał?

– No, właśnie nie! – wybuchła niespodziewanie Iwonka. – Myślałam, że Rysio jest z dżentelmenów, co mają zasady, że przed ślubem to nic, i dlatego wydawało mi się, że ma poważne zamiary, a on nagle mówi, że się wyprowadza. Oczy już za nim wypłakałam, kiedy nagle zadzwonił. Że chce przyjść i porozmawiać. Wtedy pomyślałam, że się namyślił i chciałby, no wiesz… Dlatego postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Nawet kupiłam sobie coś ładnego na tę okazję. A potem wystroiłam się, zapaliłam świece, a ten drań… Ten drań powiedział, że chce mi oddać klucze i zostawić pieniądze na czynsz za kolejny miesiąc. Wyobrażasz sobie? Dał mi pieniądze i nawet nie chciał mnie… Wykorzystać mnie nie chciał!

Żałowałam, że w trakcie czytania nie rysowałam czegoś na kształt drzewa genealogicznego rodziny Beinów, bo chwilami zaczynałam się gubić w koligacjach tej rodziny, a kolejne zwroty akcji zmuszały co jakiś czas do cofania się o kilka (wirtualnych) kartek, żeby się połapać kto był kim.

Według mnie, ta powieść, to coś dużo lepszego niż Brown!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *