Marny żywot bibliotecznej książki

Uprzedzam, że to nie jest wpis dla ludzi wrażliwych i wychowanych w szacunku dla książki.

Książka, przedmiot użytkowy, ma tak naprawdę pecha jeżeli trafi do biblioteki. Kupiona za niemałe pieniądze, wyczekiwana z utęsknieniem przez wpisanych na listę oczekujących na jej wypożyczenie, rusza po domach, gdzie jest narażona na obgryzienie przez ząbkujące dziecko, pogryzienie przez psa, podrapanie przez kota, rozlanie zimnego lub gorącego napoju, tłuste plamy, naderwanie kartek przez niesfornego malucha, esy-floresy przyszłych artystów plastyków a nawet obrzyganie. Zdarzyło się, że jakiś rodzic przyniósł książkę szczelnie zamkniętą w plastikowej torebce informując, ze jego pociecha nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności niestety na nią zwymiotowała.

Cale szczęście, że każda książka ma oplastikowaną okładkę lub tzw. okładkę biblioteczną. To przedłuża jej dość przyzwoity wygląd o kilka miesięcy. Kiedy już przestanie być przedmiotem ciągłego pożądania trafia na półkę w (na przykład mobilnej) bibliotece i ma szanse odpocząć na niej między kolejnymi wypożyczeniami. Kiedy mija rok lub dwa i mało kto w ogóle o niej jeszcze pamięta, trafia do bibliotecznych piwnic, aby tam tkwić kolejne kilka lat.

Potem przechodzi przez kontrolne sito i w zależności od swojego wyglądu zostaje sprzedana za symboliczna sumę 10 koron za sztukę, lub masowo, czyli 20 koron za pełną reklamówkę książek. Najgorszy los spotyka resztę, czyli te, które nie mają szczęścia przejść przez kasacyjne sito i trafiają do jednej z dwóch drewnianych skrzyń stojących w piwnicznym korytarzu. Kiedy obie skrzynie są pełne, przyjeżdża ekipa porządkowa z urzędu miejskiego i zabiera je do… spalenia.

Takie są generalne zasady, ale jak to z zasadami bywa, nie zawsze są stosowane. Dlatego też do skrzyni trafiają bardzo często, nie wiadomo czemu, książki w bardzo dobrym stanie.

Personel biblioteczny może do woli grzebać w skrzyniach, w których leżą skazane na śmierć egzemplarze i uratować je, zabierając sobie do domu. Dziś uratowałam dwie! Gdyby nie dokuczliwy brak miejsca w domu i to, że wiele z nich już mam,  mogłabym uratować więcej. Serce mi się krajało, kiedy patrzyłam np. na skazanego Mankella. Próbowałam sobie poprawić samopoczucie powtarzając w myślach słowa kolegów: tylko bez sentymentów przy kasacji!

Czytaliście kiedyś gorszy horror???

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *