Przedsmak bliskiego końca

Wpisów przypadkowej bibliotekarki nie będzie już zbyt wiele. Paradoksalnie, gdybym w pracy została, to mogłoby już nawet nie być ani jednego. Wszyscy pracownicy wydziału kultury otrzymali służbowy mejl nakazujący zgłosić się do kadrowej w celu podpisania dokumentu dotyczącego tajemnicy służbowej, czyli swego rodzaju lojalki. Skrzywiona przez najlepszy z ustrojów pałam straszną niechęcią do podpisywania czegokolwiek, a szczególnie tego rodzaju dokumentów bez konkretnego uzasadnienia, więc się nie zgłosiłam. Wypożyczam książki i nie widzę powodu, żeby robić z tego jakąś wielką tajemnicę. Czy gdybym powiedziała czytelnikowi A, że czytelnikowi B bardzo się podobała powieść X, to stałoby się coś strasznego? Raczej wręcz przeciwnie, mogłoby to raczej zachęcić czytelnika A, żeby też tę powieść przeczytał, bo tak to właśnie działa.

Z tego, że wyrzucają mnie na zbity pysk, bo dłużej nie da się kombinować z jakimiś praktykami, zastępstwami, projektami, czy innymi treningami podnoszącymi kwalifikacje zawodowe i trzeba mnie albo zatrudnić na stałe, albo wyrzucić i z radością robi się to drugie, zasłaniając się kryzysem i oszczędnościami, też nie zamierzam robić tajemnicy.

Lojalki nie podpisałam i nikt mnie w tej sprawie nie wezwał, bo pewnie już nie warto sobie mną zawracać głowy. Zostało mi przecież do przepracowania jeszcze tylko 29 dni. Zleci jak z bicza strzelił.

Powoli pakuję manatki. Resztę polskich książek upchnęłam na półce koleżanki od postów katalogowych. W przyszłym tygodniu mam ostatnie spotkanie klubu książki, kawiarenka językowa po metamorfozie, która od początku wcale mi się nie podobała, miała ostatnie spotkanie w ubiegłym tygodniu. W przyszłym tygodniu podsumujemy jej działalność i przeanalizujemy rezultat. Najkrócej dałoby się ją ocenić jako do dupy, ale zdaje się, że będę musiała na spotkaniu rozwinąć nieco tę myśl. No cóż, powiem, że było dokładnie tak jak się spodziewałam, po metamorfozie zrobiło się z tego kółko dla niepracujących arabskich żon, z których połowa nie mówi po szwedzku, więc albo gadały po swojemu, albo wcale. Nie miało to więc nic wspólnego z zakładaną integracją i szlifowaniem języka szwedzkiego. Co z tym będzie dalej, nie wiem i przyznam szczerze, że w tej sytuacji mało mnie to obchodzi. Na do widzenia powiem jeszcze na zebraniu, że lepiej pieniądze, których podobno nie ma, topić w inny sposób.

Hm… jakaś złość przeze mnie przemawia, czy co?

Wiosna przyszła nagle. Jeszcze tydzień temu było prawie zimowo, a w tym od razu zrobiło się lato. Biuro odziedziczone po szefowej zamieniło się w szklarnię. Panoramiczne okna, które się nie otwierają i zero wentylacji. Mózg bez uprzedzenia wyłącza mi się z przegrzania. Nawet rozebranie się do gaci nie byłoby rozwiązaniem problemu. Automatyczne markizy opuszczają się i podnoszą kiedy chcą i nie ma to nic wspólnego ze słońcem, które zmienia biuro w saunę, w sumie bez żadnych przeszkód. Doszło do tego, że cieszę się, że niedługo koniec tortur. Staram się być w swoim biurze tylko tyle czasu, żeby sprawdzić pocztę, a potem uciekam do bibliobusowych kolegów, którzy z kolei się mrożą, bo w upalne dni nastawiają AC na 18 stopni! Kiedy już u nich zmarznę to idę do bibliobusa i tam wynajduję sobie jakąś robotę, lub po prostu służbowo czytam czekając na wyjazd w teren. Niczego nie będzie mi bardziej brak niż właśnie tych wyjazdów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *