Wrażeń mi nie brakuje

Nie da się ukryć, byłam bardzo zaskoczona kiedy w dzisiejszej poczcie znalazłam czek za książki kupione dla biblioteki w grudniu. Spodziewałam się kolejnego miesiąca oczekiwania, kiedy we wtorek Anna zapytała mnie o mój numer osobowy, niezbędnie potrzebny do zaksięgowania wypłaty. Jak przyniosłam książki na początku stycznia potrzebny był tylko mój numer konta bankowego. Po miesiącu okazało się, że potrzebny jest tez adres i numer telefonu. Kiedy kilka dni temu poproszono mnie o numer osobowy, to nastawiłam się na kolejny miesiąc oczekiwania, zastanawiając się co też jeszcze może okazać się niezbędnie potrzebne zanim odzyskam własne pieniądze. A tu proszę, szast-prast i dostałam czek już w piątek. Teraz jeszcze tylko muszę udać się do banku, zrealizować czek i sama sobie wpłacić pieniądze na konto. Ciekawe jest po co w takim razie proszono mnie przede wszystkim o numer konta bankowego, kiedy „sprzedawałam” książki bibliotece, skoro mam w końcu wpłacić pieniądze na konto sama?

Cieszę się, że przynajmniej ten „etap” mam za sobą. Jest jednak drugi problem: książki ciągle leżą w stosach na biurku Anny. Na bibliotecznej półce do wypożyczania jest tylko szesnaście sztuk! Wiem, wiem, powinnam się cieszyć, że nie wszystkie leżą jeszcze w reklamówce, upchnięte za biurkiem. No cóż… jak widać mam dość wygórowane oczekiwania. Ciągle słyszę, ze nie ma postów (jak to się może nazywać po polsku, nie mam pojęcia) katalogowych, więc nie można książek wrzucić do rejestru zbiorów. Nikt mi nie chce dokładnie wytłumaczyć na czym polega problem, że ich ciągle nie ma, mimo, ze zaofiarowałam swoją pomoc w ewentualnym tworzeniu takich postów. Odpowiedzią na to jest kiwanie głowami, ze tak, tak, oczywiście mogę pomóc, a potem dalej nic się nie dzieje.

Wczorajszy dzień w pracy był niemałym wyzwaniem. Choroby dziesiątkują personel i nagle pojechałam w teren z facetem, który jest kierowca od wszystkiego (a nawet ma licencje pilota czegoś tam), ale wypożyczanie książek, to nie jego specjalność. Ze strachu przed katastrofą wysłano w teren oprócz mnie jeszcze jedna bibliotekarkę z biblioteki głównej (chyba nie wierzą zbytnio w moje umiejętności). Kierowca umęczył nas do granic wytrzymałości. Musiałam mu oddać swoją kanapkę, bo sugerował, że w każdej chwili może zejść z tego świata z głodu. Wypił do tego kilka kubków kisielu jagodowego i jakoś przeżył. Żeby zabić nudę surfował w sieci, ziewał, czytał magazyny motoryzacyjne i gadał przez telefon zamknięty w szoferce.

Pierwszy przystanek wczorajszej zmiany wieczornej mieliśmy dość daleko, prawie na granicy z sąsiednim powiatem. On nigdy wcześniej tam nie był, więc zamierzał skorzystać z opisu, który mu podyktowano przez telefon i z mojej pamięci. Od razu mu powiedziałam, żeby na mnie za bardzo nie liczył, bo kiedy tam byłam ostatnio, także pierwszy raz w życiu, była ciemna noc i jedyne co widziałam po drodze, to jakieś łąki i lasy, a czasem, kiedy dało się jechać na długich światłach mignęła mi gdzieś czasem jakaś chałupa i dwa konie w kraciastych derkach na łące z lewej strony. Może się to wydać dziwne, ale konie były znów na tej łące, poznałam też kilka chałup oraz miejsce gdzie ostatnio staliśmy, czyli spory plac koło jakiejś wyjątkowo wielkiej stodoły z pięknym widokiem na okolicę. Kierowca był podejrzliwy, ale kiedy wysiadł rozejrzeć się po okolicy i znalazł szyld biblioteczny, od razu się uspokoił, a potem przez google-satelitę szukał miejsca, w którym staliśmy. Następnie pogrążył się w lekturze Nostalgii z kolejnym kubkiem kisielu jagodowego w dłoni. I był z nim dzięki temu na jakiś czas względny spokój. Kolejny przystanek już znał i dowiózł nas bez straszenia, że utkniemy na zawsze, w jakimś lesie wśród trolli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *