Nieszczęścia chodzą po bibliobusach

Tegoroczny sezon zimowy nas nie rozpieszcza. Dwa spotkania z łosiami, jedno nawet bardzo bliskiego stopnia, bo w końcu nie co dzień wali się łosia po zadzie, tak, że aż książki z półek spadają.

Innym razem dwie wdzięcznie i z gracją przebiegające przed maską sarenki, na szczęście dobrze widoczne na nieskazitelnie białym śniegu. Jednak tym razem, zamiast się przestraszyć, westchnęłam tylko z zachwytu. Co to był za widok! Po prostu bajeczny!

O wilkach, które pojawiły się w okolicy mówią wszyscy, ale nie spotkaliśmy na razie żadnego. Siedząc sobie w bibliobusie jak w twierdzy, zamiast się bać, zachwycałabym się pewnie ich widokiem.

Przytrafiło się nam jednak coś bardzo nieprzyjemnego. Trudno uwierzyć, że w takim miejscu w ogóle może zdarzyć się jakiś wypadek, a jednak. Stoimy sobie na zasypanej śniegiem wsi, gdzie od wczesnej wiosny, na pobliskich mokradłach pojawiają się niespotykane zbyt często gatunki ptaków, a nawet orły. Teraz jest jednak tylko biało i cicho, po prostu idylla. Noc, niewielki parking przed małą fabryczką. Do tej pory, o tej porze dnia nigdy nikogo oprócz nas na nim nie było.

Nie wiadomo skąd pojawił się nagle wielki bułgarski tir z przyczepą. Fabryka oczywiście zamknięta o tej porze, więc najprawdopodobniej miał się zjawić wcześniej, ale spóźnił się z powodu kiepskiej pogody, bo śnieg padał nieprzerwanie właściwie cały dzień. Zaparkował równolegle do nas, chwilę postał, potem objechał fabrykę i znów stanął. Tym razem zaparkował pod dziwnym kątem w stosunku do nas, chwilę postał, a potem zaczął cofać.

Akurat zrobiłam sobie herbatę, do odjazdu zostało nam jeszcze tylko kilka minut. Bibliobusem porządnie zatrzęsło, więc oblałam się gorącą herbatą, którą akurat zamierzałam postawić na półce. W pierwszej chwili nie zrozumiałam co się właściwie stało. Kiedy zatrzęsło nami po raz kolejny, nie bardzo wiedziałam co mam zrobić z plastikową filiżanką, postawić czy trzymać w ręku. Bałam się oblać książki, więc znów ją podniosłam, no i oczywiście ponownie się oblałam, bo trudno było utrzymać równowagę. Zaraz potem zrozumiałam, że to ten bułgarski tir nas taranuje. Z filiżanką w dłoni wyskoczyłam na zewnątrz, a za mną kompletnie zdezorientowany kolega. Machając rękami, żeby zwrócić na siebie uwagę szofera rozlałam resztki herbaty. Kolega waleniem w drzwi szoferki zatrzymał szarżującego Bułgara, a ja pobiegłam ocenić rozmiar tej parkingowej katastrofy, chociaż po ciemku i w gęsto padającym śniegu niewiele dało się od razu zobaczyć. Zdezorientowany Bułgar wyskoczył z szoferki i na widok tego co narobił, złapał się za głowę. Tak, chyba rzeczywiście więcej nic nie mógł w tej sytuacji zrobić.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *