Co ja najlepszego narobiłam?!

Planowałam zrobić wpis, w którym zamierzałam pozachwycać się posiadaniem od początku grudnia własnego biurka, krzesła i nowego komputera, ale nie zdążyłam. Pod koniec roku zaczęły się dziwne roszady z etatami i stanowiskami, oraz przeprowadzkami z jednych pomieszczeń biurowych do innych, można było dostać zawrotów głowy od tego wszystkiego. W całym tym ferworze nieopatrznie zgodziłam się zamienić miejscem z kolegą zatrudnionym nieoczekiwanie na etacie antykwariusza (skąd się na to wzięły pieniądze???). Szefowa zaskoczyła mnie tym pytaniem, a ja entuzjastycznie się zgodziłam, bo praktycznie w biurze jestem przecież tylko gościem. Skoro antykwariuszowi potrzebne było do szczęścia moje miejsce, to czemu nie? I skoro szefowa może się poświęcić, to ja chyba tym bardziej powinnam? Nie popisałam się, a raczej odwrotnie, popisałam się bezmyślnością godną wyłożenia jako wzorzec bezmyślności w Sevres pod Paryżem.

Szefowa też się przeprowadzała, na dodatek do pomieszczenia, które było kiedyś magazynem do przechowywania rupieci. Ja natomiast miałam zająć jej dawny gabinet (!!!), do spółki z koleżanką, która uwielbia polskie wafelki Prince Polo i też rzadko bywa w biurze. Niektórzy twierdzą, że gabinet szefowej to jeden z piękniejszych w całej bibliotece. I ja miałam go zająć? Pewnie byłam w szoku, bo chyba tylko to może mnie usprawiedliwić.

Kiedy moi bibliobusowi koledzy dowiedzieli sie o mojej przeprowadzce, osłupieli i zapytali co ja najlepszego narobiłam? Przecież my jesteśmy jak trojaczki i MUSIMY urzędować w jednym pokoju. Nie dość, że się wyprowadzam, to jeszcze nie będę miała telefonu. Kto mi będzie przypominał, że czas zbierać manele i jechać w teren? Do tej pory nie zaprzątałam sobie tym głowy, bo oni myśleli w tej kwestii za mnie.

Pełna poczucia winy, że narozrabiałam, próbowałam wszystko odkręcić pisząc mejla do szefowej. Nie dostałam nawet odpowiedzi, a kiedy wczoraj wróciłam po świątecznej przerwie do pracy, na moim dawnym biurku leżały już wszystkie graty antykwariusza. Pod ostrzałem pełnych wyrzutu spojrzeń kolegów bibliobusowych, pozbierałam swoje rzeczy i poszłam do nowego gabinetu. Czekało tam na mnie ergonomiczne biurko z elektrycznie podnoszonym blatem i mój komputer. Zero szafek i żadnego krzesła, żeby posadzić cztery litery, ale za to jakieś dzieła sztuki współczesnej na oknie i obraz na ścianie. Oto nowa rzeczywistość

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *