Ogary poszły w las, łosie i myśliwi wyszli na drogi

Sezon polowań zaczął się ponad miesiąc temu. Teraz jest już spokojniej, ale pierwszy dzień polowań, to jakieś szaleństwo. Połowa męskiej populacji bierze urlop i idzie w las. Do ustrzelenia jest co roku, mniej więcej, 80 tysięcy łosi i może się wydawać, że wszyscy chcą je ustrzelić pierwszego dnia.

W tym roku, akurat w ten pierwszy dzień sezonu, jechaliśmy w teren przez leśne gęstwiny. Podobno po huraganie Gudrun lasy odrosły w zwyż na tyle, że nie da się już polować w lasach, bo nawet największy łoś jest niewidoczny. Wszystkie łyse polany zarosły i teraz znów ustawia się myśliwskie wieżyczki przy drogach. Po drodze do wioski oddalonej od mojej mieściny o kilkanaście kilometrów, stały tak gęsto, że były oddalone od siebie o maksymalnie kilkaset metrów. Minęliśmy ich po drodze kilkadziesiąt, a na każdej siedział przynajmniej jeden myśliwy z flintą gotową do strzału. Inni żądni strzału przechadzali się wzdłuż drogi. Zaczęliśmy sobie żartować, że możemy nie dojechać na miejsce żywi, kolega zaproponował, żebym przykucnęła, a on da gaz do dechy, to może ujdziemy z życiem.

Kiedy zaczyna się okres polowań, przez pierwsze dni wybucha w lesie panika, choć są tacy co twierdzą, że wcale nie. Ja się bardziej zgadzam z tą pierwszą teorią, ponieważ w ostatnim czasie mieliśmy dwa bardzo bliskie spotkania z łosiami, a dziś widzieliśmy też, jak ktoś ubił samochodem sarnę. To był bardzo przykry widok, strasznie mi było żal zwierzęcia.

Pierwszego łosia spotkaliśmy parę tygodni temu. Nie wiem skąd się nagle wziął na przeciwnym pasie drogi. Nie było ani ciemno, ani lasu z tej strony, z której przyszedł. Po prostu nagle znalazł się na szosie i choć na chwilę przystanął widząc nasz bibliobus, to i tak po chwili ruszył sobie dalej, czyli prosto pod koła naszego busa. Te dwie sekundy, które nam sprezentował przystając, uratowały bibliobus przed katastrofą. Kolega hamował aż opony piszczały i słychać było jak w busie coś spada i wali się z hukiem. Pasy zmiażdżyły mi ramię, a łoś zgrabnie przebiegł jakieś pół metra przed maską.

Drugie spotkanie jeszcze bliższego stopnia zaliczyliśmy kilkanaście dni temu. Tym razem był to zupełnie dorosły osobnik, takie mniej więcej osiemset kilo żywej wagi. Był tak wielki, że zad, w który go stuknęliśmy, był prawie na wysokości moich oczu. Gdyby nie to, że tym razem było zupełnie ciemno i na dodatek siąpił deszcz, to mogłabym mu zajrzeć głęboko w oczy. Też pojawił się z nikąd i wydawało mi się, jakby wszystko odbyło się w lekko zwolnionym tempie. Oczywiście znów hamowanie (jechałam z tym samym kolegą co poprzednio), pisk opon, z tyłu busa spadają rzeczy z półek, monitor komputera wali w metalową obudowę półki z jakimś okropnym zgrzytem, pasy wrzynają mi się znów boleśnie w ramię, a łoś lekkim truchtem zmierza przez drogę prosto pod koła. Odbić w bok nie możemy, bo z naprzeciwka jadą akurat samochody, co zauważa także łoś bo odwraca łeb w ich stronę, nas kompletnie lekceważąc. No to walimy go (na szczęście lekko) w ten niewyobrażalnie wielki zad, bo już prawie wyhamowaliśmy, ale jednak jeszcze  nie do końca. Podcinamy mu nogi, słychać walenie kopyt o asfalt i jakieś drobne kamienie (skąd kamienie na asfalcie???) lecą na boki. Łoś podskakuje unosząc zad lekko do góry i daje dyla do rowu. Widzę go przez okno, biegnie dalej. Mam nadzieję, że to nie dlatego, że jest w szoku, ale po prostu nic mu się takiego nie stało, że ma najwyżej stłuczoną prawą szynkę. Zatrzymujemy się i lekko rozdygotani wybiegamy z latarką na zewnątrz. Najpierw świecimy w kierunku łosia, którego już nie widać, czyli przeżył. Potem idziemy obejrzeć przód busa i nie wierzymy własnym oczom. Ani śladu, kompletnie nic, jakby się przed chwilą nic nie zdarzyło. Dzwonimy jednak na policję, zgłaszamy co się stało, a ja po cichu życzę łosiowi zdrowia i żeby go nikt nie ustrzelił. Co tu dużo mówić, wyjątkowo przystojny był i pięknie rogaty. Szkoda tylko, że ta uroda nie idzie w parze z rozumem.

Jak na jeden sezon, mam już dosyć wrażeń. Moje życie, to czasem jakiś kiczowaty thriller. Z łosiem w roli głównej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *