Jesienna edycja klubu książki, jedynego takiego

Proszę się nie bać, nie będę namawiać nikogo do czytania jakiegoś kolejnego geniusza. Na razie poprzestanę na jednej akcji, która odbyła się latem. Choć lata właściwie i tak tu u nas nie było, raczej dłuższa wiosna, która od razu przeszła w dość ciepłą i deszczową, pełną rydzów jesień.

Tym razem będzie o bibliotecznym klubie książki, który w zeszłym tygodniu ruszył z kolejną edycją. Kiedy już było wiadomo, że zostaję w bibliotece na kolejny rok, postanowiłam jesienią ruszyć z klubem, czemu moja szefowa przyklasnęła radośnie. Przygotowałam anons do miejscowej gazety, informację, która pojawiła się na stronie internetowej biblioteki, oraz krótką notkę do jesiennego programu wydarzeń kulturalnych naszej mieściny. Oczywiście wysłałam też informację do wszystkich byłych członków klubu. Pierwsza odpowiedź przyszła zaraz następnego dnia. Trudno opisać moje zdziwienie, bo z entuzjazmem zgłosił się… Pierwszy Polak. Był tylko raz w pierwszej edycji klubu, potem się więcej nie pokazał, ani nie odezwał.

Można sobie pisać anonse, podawać daty, do kiedy i jak należy się zgłaszać, ale każdy i tak zgłasza się kiedy i jak chce. Dziś zgłosiła się kolejna, szósta osoba. Jak wspomniałam wcześniej, pierwsze spotkanie klubu już się odbyło i nie przyszedł na nie oczywiście właśnie Pierwszy Polak, czyli miałam kolejny powód do zdziwienia. No cóż…

Klub przeszedł w tej edycji pewną metamorfozę programową. Po przedwakacyjnej burzy mózgów uczestników spotkań postanowiłam wyjść naprzeciw oczekiwaniom i życzeniom. Jak wróżka z bajki, zmieniłam klubowe zasady. Teraz, na każde spotkanie, czytamy nie jedną książkę a więcej, do wyboru. Zgodnie z życzeniem uczestników wybieramy książki, do których można też znaleźć audiobook i chętnie także ekranizację. Co najmniej dwie osoby muszą wybrać tę samą książkę, żeby propozycja przeszła. Taki wybór lektur ma sprzyjać dyskusji i rozmowie o książce w ogóle, bo żeby było śmieszniej, ja nie czytam żadnej z wybranych i zasypuję tych co czytali gradem pytań. Klubowicze opowiadają mi więc dość szczegółowo i treść i wrażenia. Traktujemy to jednocześnie jako trening językowy, bo większość z tej szóstki to cudzoziemcy szlifujący język szwedzki i taka formuła odpowiada wszystkim klubowiczom. Jedyna szwedka z entuzjazmem się zgodziła na taki eksperyment. W sezonie jesiennym weźmiemy się za jeden tytuł z klasyki, jedną humorystyczną i jedną „szwedzkiego odpowiednika Stephena Kinga”.

Na targach odwiedziłam wydawnictwo LL, żeby dowiedzieć się o ich planach wydawniczych. Wspomniałam przy okazji o naszym klubie książki i bardzo ich zainteresowało nasze „nowatorstwo”. Pytali czy mogliby napisać o tym na stronie swojego wydawnictwa i mam nadzieję, że rzeczywiście to zrobią.

Następne spotkanie klubu za dwa tygodnie. Przez bałagan ze zgłaszaniem się po terminie, dziś po raz trzeci zamawiałam książki na kolejne spotkania. W księgarni pewnie się zastanawiają, czy w ogóle umiem policzyć do dziesięciu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *