Pomocna dłoń Edyty

Wrzesień mija mi pracowicie. Przygotowuję nową edycję klubu książki LL, martwię się krnąbrnością zdobiącego moje biurko nowego komputera, uczę się obsługiwać nowy ekspres do kawy, próbuję bezskutecznie rozgryźć znikniecie trzech skrzyń z książkami i przyczynę statystycznych błędów bibliotecznego programu oraz sprawiedliwie dzielić się krzesłem, biurkiem i komputerem z koleżanką. Nie dostałam ciągle swojego, bo pewnie nikt się nie spodziewał, że zabawię tu tak długo, a potem tak już zostało.

Skończyłam tworzenie „wędrującej biblioteki”, która zdążyła już zmienić nazwę na „bibliotekę nauczyciela”. Nie było to łatwe zadanie. Najpierw zginęły mi trzy pudła z książkami, co wydaje się być po prostu nieprawdopodobne, a potem walczyłam z opornym komputerem, który płatał mi dziwne figle, kiedy pracowałam nad lokalizacją zbioru. Zdarzało się, ze kiedy zostawiłam komputer sam sobie na parę minut, po powrocie zastawałam jakies dziwne książki wrzucone w system. Potem głowiłam się jak je wyrzucić z rejestru, bo cofnąć lokalizacji, tak po prostu, się nie dało.

Potem coś spadło w korytarzu, znalazłam błąd w statystykach i wreszcie… usłyszałam o Edycie. Podobno kiedyś pracowała w bibliotece. Było to tak dawno temu, że mało kto ją osobiście pamięta. Podobno od czasu do czasu przypomina o sobie. Ostatnio jednak jakoś częściej, na dodatek w biały dzień, i to właśnie ja mam przyjemność odczuć jej pomocną dłoń na własnej skórze.

Jeszcze ciągle mam nadzieję, że przynajmniej części problemów winny jest scaner, że po prostu jest zepsuty. Nowy już zamówiony i tym razem spodziewam się, że nie będę czekać na niego tak długo jak na nowy komputer. A potem może Edyta przestanie mi „pomagać”…

P.S. Zaginione książki do tej pory się nie znalazły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *