Po co mi urlop?

Od wczesnej wiosny zaczęłam się niepokoić co ze mną będzie. Nawet naszła mnie myśl, żeby się przykuć do grzejnika gdyby się okazało, że dalszego ciągu nie będzie. Kiedy rozmawiałam z szefową, która bez cienia uśmiechu, mówiła, że na razie nie wiadomo co będzie, to miałam ochotę od razu ukraść znajomemu policjantowi kajdanki i poszukać w bibliotece odpowiedniego grzejnika. Moi busowi koledzy też nie wiedzieli nic i w kółko pytali, czy ja może coś wiem. W końcu nabrałam podejrzeń, że jednak coś wiedzą, że nie zostanę po wakacjach i w ten sposób starają się to ukryć. Paranoja…

Zapamiętale czipowałam dalej biblioteczne zbiory, jeździłam bibliobusem w teren i ze zgrozą obserwowałam postępy wiosny. Zawilce, żonkile, jabłonie, wszystko po kolei kwitło i rozwijało się jak oszalałe, a ja chciałam żeby zaczęła się zima i żeby do sierpnia było coraz dalej niż bliżej.

Wiosna panoszyła się na zewnątrz, a ja zaszyłam się w bibliotecznej piwnicy (bez okien) i czipowałam zbiory tzw. poolen. Czipowanie niedawno się skończyło, co uczciliśmy w czwartek wspólnym bibliotecznym śniadaniem, z chipsami OLV na deser. Uroczyste otwarcie czytników, z przecięciem wstęgi i tortem zgromadziło paru przypadkowych czytelników, którzy akurat znajdowali się w bibliotece. Dzień później automaty wysiadły. Ot ironia losu…

Kiedy zaczęły się urlopowe dyskusje, kto co będzie robił, albo dokąd wyjedzie, ja się zastanawiałam po co mi urlop, skoro po urlopie zostanie mi tylko tydzień pracy, a potem być może grozi mi urlop bezterminowy. Na otarcie łez miałam co prawda mieć do wakacyjnego czytania najnowszą, pięknie ilustrowaną (!!!) książkę z opowiadaniami Johana Theorina o dwuznacznym tytule På stort alvar i kontynuację przygód Israela Armstronga Mr. Dixon försvinner Iana Sansoma, ale ucieszyło mnie to niezmiernie dopiero kiedy się dowiedziałam, że jednak mam do czego wracać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *