Wchodzimy w XX wiek…

… oznajmiła niedawno na zebraniu szefowa, z dumą.

Nie, nie, to nie żadna pomyłka. U nas w roku 2000 zaczął się wiek XX, po prostu tak tu się liczy wieki. No więc wchodzimy w ten wiek XX z rozmachem. Czipujemy książki, bo niedługo czytelnicy nie będą wypożyczać u bibliotekarek stojących za ladą, tylko u automatycznych bibliotekarek. Maszyna czipująca jest wypożyczona do któregoś tam maja i czipowanie nabiera rozpędu. Nie jest to jakaś skomplikowana operacja, po dziesięciu minutach szkolenia, każdy z nas został specjalistą od czipowania. Na początku szło to dość powoli, ale kiedy okazało się, że czas leci a my w lesie, zmieniono grafik i teraz każdy, kto tylko może wygospodarować chwilę, leci czipować. Grafik jest, wszyscy się wpisują, a ponieważ czasami jest zapisana tylko jedna osoba, tempo czipowania spada wtedy o połowę. Dlatego każde, choć przez chwilę wolne ręce, są mile widziane przy czipowaniu. Mam za sobą na razie dwa razy przy maszynie czipującej, w środę będzie trzeci, a w przyszłym tygodniu dwa kolejne.

Proces czipowania wiąże się z bardzo przykrym zjawiskiem, a mianowicie rzezią książek. Powody są dwa. Po pierwsze czipy są dość drogie i czipowanie czasochłonne a jeszcze na dodatek, w nowej bibliotece (tej większej i nowocześniejszej) ma być MNIEJ książek. Nie wiem kto to wymyślił i nie chcę wiedzieć, bo rzuciłabym się, jak nic, temu pomysłodawcy do gardła!

Nasze bibliobusowe zbiory też ulegają odchudzeniu. Wzięłam nawet na siebie obowiązek przetrzebienia zbiorów książek dla maluchów. Byłam pewna, że dzięki temu spora część ocaleje. Nic błędniejszego! Zeszłam dziś do piwnicy odłożyć parę tytułów na półkę i od razu w drzwiach zrobiło mi się słabo. Regał pierwszy z prawej, PUSTY, na innych półkach też jakby luźniej. Pełna złych przeczuć poszłam na górę do biura z pytaniem, co to za rzeźnia tam na dole. Okazało się, że to koledzy zaczęli robić w piątek „porządki”, bo przygotowujemy się też przecież do czipowania naszych zbiorów. Zdrajcy! Nawet słowem o tym nie wspomnieli, kiedy się żegnaliśmy w czwartek, życząc sobie miłego weekendu, bo piątek miałam wolny. I tak nasze zbiory zmniejszyły się o kilkaset książek, które gdzieś przede mną ukryli, żeby mi nie przyszło pewnie do głowy ratowanie przynajmniej niektórych.

Oprócz tego trwają przygotowania do hucznego pożegnania mojej ulubionej kadrowej. Pracuje tylko do końca marca. Ma szczęście kobieta, że jej jeszcze nie obejmie poroniony pomysł naszego premiera, że ma pracować do 75-tych urodzin.

Do pracy przychodzi nowa, która jest przedszkolanką, przeniesioną z powodów zdrowotnych prosto z przedszkola do biblioteki. Jeżeli tak dalej będzie wyglądać obsadzanie stanowisk, to nie mam żadnej szansy na stałą pracę i proszę, nie wmawiajcie mi, że uprawiam czarnowidztwo!

Za trzy tygodnie jadę na dwudniową, ogólnokrajową konferencję bibliobusowych bibliotekarzy, z czego się bardzo cieszę. Za jakiś tydzień się dowiemy, czy możemy zabrać ze sobą nasz bibliobus, czy też po prostu pojechać pociągiem, co uważam za pomysł zupełnie poroniony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *