Tak wyglądał koniec

Ten ostatni wyjazd w teren miałam zamiar potraktować jako coś w rodzaju przyjemnej wycieczki w smolandzkie lasy. Ostatnie cztery tygodnie to już dobijanie do mety, ponieważ niektóre miejsca odwiedzamy tylko raz na cztery tygodnie. Tak więc, mniej więcej, od czterech tygodni przyjmowaliśmy i składaliśmy życzenia, przy okazji obdarowywano nas też czasem różnymi smakołykami. A to pudełko czekoladek Marabou, a to glögg i pepparkakor albo ręcznie zrobione pralinki.

Poniedziałkowy wyjazd był dla mnie definitywnie ostatnim w tym roku. Kupiłam na tę okoliczność pierniczki w czekoladzie nadziewane morelową konfiturą, żeby razem z kolegą, przy kubku herbaty uczcić stosownie ten moment, czyli pożegnać bibliobusowy rok 2011.

Już kiedy przyszłam do biura okazało się, że w warsztacie choć jedno w piątek naprawili, to drugie jednak przy okazji zepsuli. Mieliśmy więc oszczędzać prąd, żeby nie utknąć gdzieś w polu lub środku lasu. Od razu przypomniały mi się planowane kiedyś manewry, które nie odbyły się do tej pory. Już widziałam się, czekającą w zimnym busie, w ciemnym, bezśnieżnym lesie na pomoc do bladego świtu, czyli mniej więcej do ósmej rano. Przy odrobinie szczęścia ten scenariusz mógł się jednak nie spełnić. Żeby szczęściu pomóc musieliśmy częściowo wyłączyć światło, nie korzystać z ekspresu, czyli zapomnieć o zaplanowanej przeze mnie wcześniej herbacie.

Jakby tego wszystkiego było mało, po jakichś dwudziestu kilometrach kolega odkrył i oznajmił mi ze zgrozą w głosie, że zaraz skończy się nam paliwo. Zapomnieli zatankować, bo piątkowy rytuał, do którego należy też tankowanie, zakłóciło odstawienie, już w czwartkowy wieczór, bibliobusa do warsztatu naprawczego. A potem już nikt o tym nie pomyślał. Dojeżdżając do pierwszego przystanku planowaliśmy w naprędce, jak zapobiec kolejnemu, grożącemu nam nieszczęściu. Postanowiliśmy skrócić postój na pierwszym przystanku i poświęcić przysługującą nam z urzędu przerwę na kawę, której i tak nie dało się zaparzyć z braku prądu. Do stacji benzynowej mieliśmy stamtąd, mniej więcej, trzydzieści kilometrów i cichą nadzieję, że paliwa starczy na ten kawałek. Plan B zakładał telefon do biblioteki, żeby ktoś dojechał do nas z kanistrem, a plan C wizytę w najbliższym gospodarstwie rolnym w celu wyżebrania kilku litrów. Plan A jednak wypalił. Z duszą na ramieniu dojechaliśmy do własnej stacji paliwowej i zatankowaliśmy jedyne 284 litry paliwa, a potem pojechaliśmy z powrotem na kolejny przystanek, leżący rzut kamieniem od tego pierwszego. Pierniczki podjadaliśmy po drodze, a po dojechaniu na miejsce popiliśmy je zimną wodą z kanistra.

Trochę inaczej sobie wyobrażałam ten ostatni raz w tym roku.

To było wczoraj. Dziś leży już w lesie sporo śniegu, a jutro udaję się do przepastnych piwnic bibliotecznych robić porządek ze zbiorami. Dobra wiadomość jest taka, że będę robić to sama, czyli nikt nie będzie mi patrzył na ręce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *