Kiedy milczenie nie jest złotem

Kiedy pojawiłam się w bibliotece i miało to być tylko kilka tygodni, to mogłam zrozumieć, że czasem czegoś nie wiem i że nie o wszystkim się mnie informuje. Rozumiem tę logikę: przyszła i zaraz sobie pójdzie, więc nie ma sobie czym zawracać głowy. Jednak zostałam na dłużej i przede mną jeszcze co najmniej dziesięć miesięcy. Na służbowy adres mejlowy czekałam kilka tygodni, następne kilka, żeby zaczął funkcjonować i dotarł wszędzie gdzie powinien w sieci wewnętrznej.

Mejl zastąpił starą dobrą metodę face to face, czyli bezpośredni dialog z drugą osobą. Na pewno czasem ułatwia porozumienie, ale najczęściej jednak utrudnia. Przynajmniej w naszej bibliotece. Każdy zakłada, że jeżeli coś wie, to wszyscy inni też są poinformowani. W moim przypadku tak nie jest i tym sposobem nie stawiam się na spotkania lub inne zebrania, na których obecność uważam za bardzo pożyteczną. Choćby cykliczne spotkania personelu bibliobusa z szefową wydziału kultury. Na ostatnim nie byłam bo nie wiedziałam, że w ogóle jest zaplanowane z jakąś już konkretną datą. Żaden z moich kolegów nie zapytał, czy się wybieram ani później, czemu nie byłam.

Takie przykłady mogę mnożyć. Do ostatnich kwiatków należy najbliższa sobota. Podobno jestem w grafiku na Festiwal dziecięcy. Ok. Tylko gdzie ten grafik??? Wczoraj grzecznie odmówiłam wzięcia udziału, ponieważ i tak pracuję ostatnio co drugą niedzielę, a w najbliższy wolny weekend zaplanowaliśmy rodzinny wyjazd. Kolejny kwiatek, to dzisiejszy poranny telefon z biblioteki, który wyrwał mnie z głębokiego snu. W słuchawce lekko poirytowany głos kierowniczki biblioteki oznajmia, ze mam PRZECIEŻ rano wyjazd w teren. Ok. Tylko nikt mi o tym wcześniej nie powiedział. Właśnie teraz słyszę o tym po raz pierwszy. Próba pertraktacji, czy mogę zaraz się zjawić w bibliotece. Zaraz nie mogę, bo właśnie półprzytomna próbuje zlokalizować czas i miejsce tragikomedii, w której wyrwana ze snu, biorę udział.

Raz dałam się namówić, żeby niemal prosto z łóżka wsiąść do bibliobusa i pojechać w teren, kiedy zachorowała koleżanka. Nie było to jednak chyba zbyt dobrym posunięciem, bo jeden raz wystarczył, żeby się przyzwyczajono, że tak się ze mną załatwia wszystko to, o czym „zapomniano” mi powiedzieć wcześniej.

Wiem, ze jeden raz to żaden raz, ale dwa razy to już przyzwyczajenie. Drugiego razu więc nie będzie.

Sorry, musiałam…

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *