Chętnych do drzemki dziś nie było

Parzenie kawki w zdezelowanym ekspresie idzie mi coraz sprawniej. Gorzej mi poszło z nowymi termosami do kawy. Chcąc rozgryźć jak działają, naciskałam sobie beztrosko tu i ówdzie. Efekt był taki, że oblałam sobie kawą buty i spodnie.

Kafejka językowa ma się świetnie. Dziś było na pewno ponad czterdzieści osób, chociaż nie policzyłam dokładnie. Znowu ktoś przyniósł ze sobą ciasto, którym wszystkich częstował i tym razem udało mi się nawet spróbować kawałek. Wyglądało jak nasza babka, ale smakowało egzotycznie. Pojawił się też kolejny Polak, już trzeci.

Przyszli uczestnicy niedzielnego klubu książki LL mieli dziś ze sobą książkę, którą weźmiemy na pierwszy ogień już w najbliższą niedzielę. Zainteresowali klubem siedzącego obok nich młodego chłopaka. Podszedł do mnie potem, zapytać o szczegóły i był taki uprzejmy, że każde zdanie zaczynał od słowa „przepraszam”. Dwa wolne miejsca jeszcze są, wiec jeżeli się ostatecznie zdecyduje, to będzie mile widziany w niedziele, na pierwszym spotkaniu klubu, nawet jeżeli będzie cały czas przepraszał.

Tydzień temu nie brałam udziału w organizowaniu kawiarenki, bo byłam na kursie. Był wtedy zaproszony ktoś, kto mówił o prawach obywatelskich. Nie wszystko poszło jak było zaplanowane, wykład był na tyle zaawansowany, że podobno ktoś ze stałych bywalców kafejki zasnął.

Dziś nie spał nikt, ale wszystko przeciągnęło się na tyle w czasie, że potem biegałam z rozwianym włosem, żeby zdążyć posprzątać i wyjść zanim włączy się automatycznie ustawiony alarm. Okazuje się, że moje integrowanie się z uczestnikami Språkcafè muszę mieć pod większą kontrola, żeby na czas dać znać, że trzeba się zbierać. Cieszy mnie, że wszystkim się przyjemnie siedzi i dyskutuje (często bardzo łamaną szwedczyzną), ale to jednak nie spotkanie u mnie w domu, tylko w miejskiej bibliotece.

Już chyba stało się tradycją, że wszyscy pracownicy (wydawało mi się, że w jakiś sposób odpowiedzialni za ten projekt) idą do domu zanim zacznie się spotkanie i to ja przygotowuje bufet na kółkach, czyli ciepłe i zimne napoje, oraz zagryzkę w postaci ciasteczek. Dobrze, że udało mi się o tak późnej porze dopaść pana woźnego, który wyciągnął mi z magazynu więcej stołów i krzeseł. Inaczej jeszcze to musiałabym targać sama.

Tym razem moje koleżanki odpowiedzialne za Språkcafé są usprawiedliwione, bo były (i jeszcze są) w Sztokholmie. Ciekawe gdzie będą za tydzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *