Za parę chwil ROK w bibliobusie

Z okna bibliobusa widzę znajome mi już z ubiegłego roku jesienne widoki. Zaczęła się ta przygnębiająca część jesieni, kiedy to liście na potęgę spadają z drzew, jest zimno i wilgotno, bo jak nie leje, to pada albo przynajmniej siąpi. Wracamy z terenu już ciemną nocą, a niedługo wyjeżdżać będziemy też po ciemku, choć to będzie dopiero godzina trzecia po południu.

Wczoraj usiłowaliśmy udawać, że jest jeszcze wczesna jesień i słoneczko dalej grzeje. Posiedzieliśmy na parkingowej ławce jakieś pięć minut i zgodnie stwierdziliśmy: nie ma co się oszukiwać, z siedzeniem na dworze trzeba poczekać do wiosny. On opatulony w kurtkę, ja w wełniany płaszcz, a i tak nie daliśmy rady. Czmychnęliśmy do busa, zrobiliśmy sobie po kubku gorącej, cytrynowej herbaty i pogrążyliśmy się w milczeniu w lekturze. Od jakiegoś czasu zdecydowanie mniej rozmawiamy, a więcej czytamy, kiedy nikogo nie ma. Nawet wolę jak wszyscy czytelnicy zwalą się do bibliobusa naraz, że trudno się przepchać do półek, bo potem jest jakiś kwadrans, lub więcej na czytanie.

Nowości przybywa co tydzień po kilkanaście, lub więcej. Staram się choć przejrzeć wszystkie, żeby wiedzieć, co zaproponować leniwemu czytelnikowi, który wejdzie i zapyta już drzwiach, co możemy polecić na jesienne wieczory. I bądź tu mądry bibliotekarzu! Taki czytelnik chce, żeby bezbłędnie zgadnąć, co on chce przeczytać. Trafić w jego gust, to jakby nasz obowiązek. Spełniamy swoje obowiązki jak możemy, a rezultat jest taki, że lista chętnych do przeczytania nowej Läckberg, to już prawie pięćdziesiąt osób. Niewiele mniej czeka na nowego Guillou i Theorina. Theorin śni mi się już nawet po nocach. Jestem pierwsza w kolejce po nasz bibliobusowy egzemplarz, ale za mną taki ogonek, że jak nie koszmar, to sen mi to z powiek spędza. Już wiadomo, że będziemy musieli kupić kilka egzemplarzy, bo inaczej ten ostatni w kolejce będzie czekał na swoją kolej aż do wiosny.

Biblioteczne życie biegnie sobie spokojnie, według ustalonych zasad. Zakup – bibliobus – magazyn – śmietnik. Już zaczęłam ratowanie książek na przyszłoroczny kiermasz, nawet kilka po angielsku wyciągnęłam z dna (prawie pustej na razie) skrzyni. Dziecięce i młodzieżowe upycham na półkę z przeznaczonymi na jesienny kiermasz książek dla młodych czytelników. To będzie, mniej więcej, za trzy tygodnie. Mam nadzieję, że większość się sprzeda. Te co się nie sprzedadzą wezmą sobie za darmo przedszkola, więc większość i tak przeżyje! Hura!

Kawiarenka językowa ma się dobrze. Tydzień temu przyszło około czterdziestu osób i dwóch kolejnych zwerbowałam do mojego klubu książki. Jest już pięcioro chętnych. Doliczając do tego narzeczoną jednego z uczestników i moja skromną osobę, to będzie z kim dyskutować. Książka o Wallanderze pójdzie na pierwszy ogień. Dostałam już zamówione egzemplarze i zaczęłam rozdawanie. Drugi Polak nie będzie obecny na pierwszym spotkaniu, bo tego dnia odbywać się będą w Polsce wybory i poczucie obowiązku gna go na tę okoliczność do ojczyzny.

W czwartek rano jadę służbowo na targi książki do Göteborga. Dostałam już nawet wejściówkę. Byłam tam też rok temu, całkiem prywatnie z córką i wtedy nawet mi się w najśmielszych snach nie śniło, że zacznę pracować wkrótce w bibliotece, a za rok pojadę na targi służbowo!

Życie potrafi być piękne, nawet kiedy jest zimno i ciemno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *