Żebym sobie za dużo nie wyobrażała

Tak odebrałam dzisiejszą wizytę u kadrowej. Nie wiem, czy wszystkie kadrowe są takie same, ale ja zwykle trafiam na typy oschłe, na granicy nieuprzejmości (żeby nie nazwać tego dosadniej). Dziś złożyłam ostatnie wymagane podpisy, żeby móc poczuć komfort, że mam pracę na kolejny rok i spodziewać się wypłaty, regularnie pod koniec każdego miesiąca.

Widmo kryzysu krążyło nad biurkiem kadrowej. Po jednej stronie ona, po drugiej ja i słowa, które zgrzytały tak, że miałam ochotę zatkać uszy. Żadnych stałych etatów w przyszłości, zarówno tej bliższej, jak i tej dalszej. Jak znajdę w międzyczasie inną pracę, to najrozsądniej zrobię jak ją od razu wezmę.

Jak to mówiła, ja akurat składałam podpisy. Nie dość, że zatrzęsła mi się ręka, to jeszcze długopis, już przy pierwszym podpisie, odmówił współpracy. Omen czy co?

Wróciłam do biura ze swoim egzemplarzem umowy i miałam wielką ochotę zamanifestować swoja wściekłość, zmiąć go w kulkę i celnym kopem umieścić w koszu na śmieci.

Koledzy siedzieli cicho, łypiąc na mnie znad komputerów. Najpierw usłyszałam chrząkniecie, a potem pocieszenie, że przecież przez rok może się wiele wydarzyć. Jestem pewna, że wolę nie wiedzieć, co się ewentualnie może wydarzyć, bo nie spodziewam się absolutnie niczego dobrego.

To ostatni tydzień letniego rozkładu jazdy bibliobusa. Rano stał więc sobie grzecznie przy bibliotece, a ja, żeby dać ujście miotającym mną uczuciom, opuściwszy biuro, szalałam między półkami bibliobusa, wywalając do magazynu piwnicznego wszystko, co było wydane wcześniej niż w roku 2008.

Pierwszy raz nie mam ochoty iść jutro do pracy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *