Zapamiętam ten dzień na baaardzo długo

Z dwóch powodów. Jeden pracowy, a drugi blogowy. Blogowy, to goszczenie jako poniedziałkowy gość u padmy.To dla mnie wielkie wyróżnienie! Powód pracowy, to dzisiejszy wyjazd w teren z szefową wydziału kultury i nową przewodniczącą zarządu tegoż wydziału. Nikt nie ma więcej władzy, jeśli chodzi o kulturę w mojej mieścinie, niż te dwie panie.

O tym, ze pojadą z nami dowiedziałam się dopiero dziś, kiedy zjawiłam się w pracy. Dzień był piękny, wiec po drodze, w cukierni, kupiłam sobie trzy kulki  ulubionych lodów SIA i spacerkiem doszłam do pracy. Jeden z kolegów przywitał mnie słowami, ze czeka mnie dziś jeszcze jakiś, najpewniej pyszny podwieczorek, bo przyjedzie do nas z wizytą/inspekcją w teren przewodnicząca, a szefowa jedzie z nami w całą trasę. Dokończyłam jeść lody z lekko ściśniętym gardłem i zeszłam do piwnicy sprawdzić, czy jest w skrzyniach coś do uratowania. Koledzy się śmieją, że kolejnym etapem mojej działalności będzie pewnie przykucie się do skrzyń, żeby nie pozwolić na ich opróżnianie. Znalazłam dziś dziewięć książek, w tym jedną nowość Susanny Alakoski Håpas du trifs bra i fengelset (Mam nadzieję, ze dobże się czójesz we więźniu), która mam nadzieję, ukaże się kiedyś w Polsce (w Szwecji ukazała się jesienią 2010).

Kiedy wróciłam na górę, drugi kolega, z którym dziś jechałam w teren, kręcił się trochę nerwowo i prorokował, że pewnie nikt dziś nie przyjdzie w Dannäs, czyli akurat tam, gdzie miała się pojawić przewodnicząca. I wykrakał!

Przewodnicząca przyjechała z ciastkami francuskimi z tej samej cukierni, w której ja kupiłam wcześniej lody. Oprócz tego miała ze sobą truskawki i gorące mleko do kawy. Bała się, że możemy nie mieć czasu usiąść i zjeść, ale niestety NIKT nam nie przeszkodził. Jest tam zawsze kiepska frekwencja, a dziś, jak na złość, nie przyszedł nikt! Rozłożyliśmy stół turystyczny z krzesełkami i przy nieprzyzwoitym wręcz świergocie ptaków popijaliśmy kawę i herbatę (ja), jedliśmy truskawki i ciacha. Udało mi się nie zestresować na śmierć, bo na szczęście nowa przewodniczącą znam trochę z czasów mojej pracy w fundacji. Starałam się nie mysleć, że od tych dwóch pań mogą zależeć moje  dalsze biblioteczne losy. Myślę, że mój kolega był bardziej zestresowany ode mnie, choć naprawdę nie wiem czym.

Potem przewodnicząca odjechała w siną dal, a my ruszyliśmy w dalszą trasę. Już „tylko” z szefową wydziału, która chwilami prowadziła ze mną niby beztroską konwersację, a tak naprawdę poddawała mnie delikatnemu przesłuchaniu. Frekwencja w innych miejscach postojowych dopisała, gorzej było z komputerami, bo internet wyjątkowo kiepsko dziś działał. Jednak na takie okazje mamy plan awaryjny „kto robi co”, wiec wszystko grało. Myślę, że szefowa nie będzie miała żadnych uwag, ani powodów do narzekania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *