Przepoczwarzanie

Co robi była przypadkowa bibliotekarka? Na razie zbiera siły, robi codziennie długie rowerowe wycieczki po okolicznych wioskach i wreszcie ma możliwość sfotografować użytkowniczki wanien, które były stałym elementem krajobrazu za bibliobusowym oknem od wiosny do jesieni, o czym kiedyś pisałam. Zanim wyjęłam telefon telefon i zaczęłam fotografować, tylko jedna krowa z prawdziwą gracją zaspokajała pragnienie. Po chwili ciekawość przywiodła całe stado, które pozowało chętnie do kolejnych fotek…

Pogoda jest fantastyczna tej jesieni, więc swoje rowerowe wycieczki odbywam systematycznie, prawie codziennie. Przeliczając to na kilometry, robię ich ponad sto tygodniowo. Czasem podwiozę kawałek jakiegoś trzmiela lub ważkę na ramieniu, widać lubią mój kremowy lekko błyszczący sweter, w którym często jeżdże. Czasem słucham muzyki, czasem odgłosów przyrody i myślę co dalej. No i wymyśliłam.

Wreszcie postanowiłam spróbować wziąć się na poważnie za tłumaczenia. Chodziło mi to po głowie od dawna, ale jakoś się nie składało, z różnych powodów. Teraz doszłam do wniosku, że to chyba właściwie dobrze. Powinnam nawet podziękować losowi, że pierwszy wydawca, który mi się trafił kilka lat temu okazał się zupełnie niepoważnym typem. Gdyby wydanie książki w moim tłumaczeniu doszło wtedy do skutku, pewnie wstydziłabym się tego do końca świata, albo i dłużej.

Miałam dużo szczęścia, że zakwalifikowałam się na warsztaty tłumaczy w Gdańsku, które odbyły się na przełomie zimy i wiosny, bo to mnie przygotowało merytorycznie do nowego wyzwania. Kurs był doskonały! I nie jest to tylko moje zdanie. Inni uczestnicy przyznali, że nauczyli się na nim więcej niż przed dwa lata na uczelnianych zajęciach.

Tym sposobem przepoczwarzam się właśnie z przypadkowej bibliotekarki w niedoświadczoną tłumaczkę. Nie jest łatwo zacząć, zwłaszcza na polskim rynku wydawniczym. Pierwszym wydawnictwem, do którego się zgłosiłam były Zakamarki. Na odpowiedź na mejl czekałam dłużej niż wieczność, czyli mniej więcej trzy miesiące i w końcu przyszło mi do głowy, że mój mejl pewnie nie doszedł, bo zwykła przyzwoitość wymaga, żeby wysłać choć zdawkową odpowiedź, choćby taką, że wydawnictwo nie jest zainteresowane. A jednak. Kiedy się przypomniałam dostałam odpowiedź, którą trudno nazwać uprzejmą, a z której jasno wynikało, że zawracam dupę, tzn. głowę. No cóż… wydawcy to też ludzie. Na dodatek nie zawsze uprzejmi. I pomyśleć, że mnie ostrzegano, a ja nie wierzyłam!

Postanowiłam zacząć inaczej. Skontaktowałam się z wydawnictwem szwedzkim, które posiada prawa autorskie książki, którą chciałabym przetłumaczyć. Poszło ekspresowo. Wysłałam mejla w czwartek i momentalnie pocztą zwrotną dostalam odpowiedź, że X jest na urlopie do poniedziałku. W poniedziałek skoro świt (parę minut po ósmej) dostałam odpowiedź. Jesteśmy w fazie ustaleń wstępnych, ale przynajmniej jest dialog.

Ciąg dalszy nastąpi. Mam nadzieję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *