Wywrotowa bibuła

Mirosław Tomaszewski

Pełnomocnik

Krajowa Agencja Wydawnicza, 1992, stron 227

Zacznę od tego, że autor rozpoczął pisanie tej powieści 13 grudnia 1981. Mam nadzieję, że każdemu ta data coś mówi. Nie wiem jak długo powstawała, ale wydana została wiele lat później, dopiero w 1992 roku. Jak na mój gust, co najmniej o dziesięć lat za późno. Gdyby została wydana mniej więcej o tyle lat wcześniej, stałaby się sensacją, autor z miejsca dostałby się na czoło cenzorskiej czarnej listy, a Pełnomocnika najpewniej wydałaby Paryska Kultura. W Polsce nikt o zdrowych zmysłach nie odważyłby się jej wydać w oficjalnym obiegu. Nikt by nawet nie próbował. Wyczytane egzemplarze jakiegoś podziemnego wydawnictwa krążyłyby pewnie z ręki do ręki w głębokim sekrecie i dyskutowałoby się o niej przyciszonym głosem tylko w bardzo blisko zaprzyjaźnionych kręgach. Oficjalnie nazwano by ją wywrotową bibułą, paszkwilem godzącym we władzę ludową, a nawet w cały lud pracujący miast i wsi.

Zupełnie inne wrażenie robi na czytelnikach dziś, bo czasy już nie te i zdążyło dorosnąć nowe pokolenie, dla którego wizja totalitaryzmu przedstawiona przez Mirosława Tomaszewskiego to tylko SF, który ma nawet swoją odrębną nazwę: political fiction. Jakie to jednak szczęście, że możemy dziś stwierdzić, że to tylko polityczna fikcja. Że cała ta orwellowska wizja politycznego porządku, to tylko fantazja autora.

Czy aby na pewno?

Sporo tam brutalnej prawdy o mechanizmach władzy, istocie i instrumentalności polityki. Cynizm, wyrachowanie, powoływanie się na rację stanu, dobro ogółu, tradycje i patriotyzm. Czy my tego skądś nie znamy? Autor tak często ociera się o rzeczywistość, że ta powieściowa jednak trochę przeraża.

Oryginalność Pełnomocnika polega między innymi na tym, że ani miejsce, ani czas akcji nie są znane. Mieszają się też wątki. Sensacyjny, psychologiczny i polityczny. Powieść pozostawia spore pole manewru dla wyobraźni czytelnika. Jedni odnajdą tam PRL, inni czasy współczesne. I jedni i drudzy mogą mieć rację. Jest to powieść demaskująca i obnażająca istotę walki o władzę, która toczy się zawsze i wszędzie. Polityka zdaje się polegać na wynajdywaniu kolejnych sposobów żeby władzę zdobyć, lub ją utrzymać. Podstawowe instrumenty to kłamstwo, podstęp, zbrodnia i przemoc. Społeczeństwo jest tylko bezwolną widownią, którą się manipuluje, traktując ją jako bezrozumną masę. Walka o władzę toczy się na dwóch poziomach, czyli w obrębie samej władzy i między władzą a opozycją. W powieści to władza kreuje i kontroluje rzeczywistość, także tę opozycyjną, co jeden z aparatczyków uzmysławia w dość brutalny sposób zwalnianym niespodziewanie z więzienia opozycjonistom:

Społeczeństwo chce spokojnie żyć i pracować. Ludzie srają na to, co się wami stanie. Oni chcą się nażreć, wypić, obejrzeć film w telewizji, mieć forsę do pierwszego i orgazm raz w tygodniu. I my wszystko to im damy. Owszem, istnieje hałaśliwa zgraja krzykaczy i dziwaków, robiących wokół was trochę szumu, ale to są jednostki. Z resztą, nawet jeśli niektórzy normalni ludzie popierają wasze bzdury, to zapewniam, nikt nie kiwnie nawet palcem, jak znowu was posadzimy.

Zauważyłam, że ulubionym elementem powieści Tomaszewskiego jest przypadek. Polityczni przeciwnicy, Pierwszy Pomocnik Lukas i przywódca podziemia Joel, to koledzy ze szkolnej ławy, a funkcje, które sprawują nie są konsekwencją ich życiowych wyborów, tylko właściwie bardziej kwestią przypadku.

Jak wspomniałam na początku autor zaczął pisać Pełnomocnika w pierwszy dzień stanu wojennego. To ponad 30 lat temu, a mimo to ta powieść nic a nic się nie zestarzała, bo mechanizmy władzy są niezmienne. Tylko szumu wokół niej dużo mniej niż byłoby wtedy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *