Trochę szaleństwa dla równowagi

Marek P. Wiśniewski

Rzeka szaleństwa

Wydawnictwo SOL, Seria autorska, 2010, stron 334

Żeby zachować względną równowagę miedzy czytaniem powieści dla dzieci i dorosłych, postanowiłam przeczytać Rzekę szaleństwa, debiut Marka P. Wiśniewskiego, jeden z moich zakupów bibliotecznych. To książka, którą kupiłam z katalogu BTJ. Dałam się złapać na opis: Michał Marlowski zostaje zatrudniony przez firmę transportowa i bierze udział w unikatowym przedsięwzięciu; ma przetransportować barką rzeczną niezwykle duży pomnik, na trasie Szczecin – Sieradz.

Do opisu załączona była czarno-biała fotka okładki wielkości małego znaczka pocztowego. Opis mnie zaintrygował, czegoś podobnego jeszcze nie czytałam. Kiedy książka dotarła już do biblioteki, przeczytałam trzy krótkie recenzje umieszczone na okładce. Miałam podobno przed sobą dzieło psychologiczne, niemal thriller, suspens z możliwością parapsychologicznej manipulacji czytelnikiem, fabułę połykającą czytelnika i na dodatek doskonały w każdym calu debiut literacki! Dech mi zaparło od tych obietnic, a jednocześnie trochę mnie zaniepokoiła ta parapsychologia, bo to nie do końca to, o czym lubię czytać.

Zawiodłam się jednak pozytywnie, przynajmniej na początku. Pierwsza część powieści (RZEKA) spodobała mi się bardzo i mimo, że od początku poddana zostałam wcześniej obiecanej parapsychologicznej manipulacji, to nawet mi się to spodobało. Zardzewiała, śmierdząca ropą barka, Odra i Warta oraz trzech dziwnych facetów, którzy wiozą “coś” do Sieradza. Opis BTJ zdradził mi jednak tę tajemnicę wcześniej, więc wiedziałam od początku, że chodzi o coś w rodzaju pomnika.

Kiedy trzej niedomyci i wygłodniali bohaterowie dotarli wreszcie do celu, zaczęła się druga cześć książki (DOLINA). I tu nagle skończyło się wszystko to, co mi się podobało. Miejsce akcji przeniosło się z barki do pałacu. Pałac ten, stojący nad rzeką, był siedzibą jakiejś bliżej nieokreślonej sekty, której liderka zajmowała się czymś na kształt zbiorowej hipnozy i przenoszeniem hm… dusz. Z czasem okazało się też, że właściwie nikt z bohaterów nie jest tym kim się wydawał być. Ponieważ Michał Marlowski, główny bohater i narrator powieści stracił przytomność już na stronie 11, to miałam nadzieję, że może kolejny kawałek tekstu to tylko jego sen, że w końcu się obudzi i wtedy zrobi się mniej “parapsychologicznie”. Niestety Michał zasypiał, zapadał w kolejne drzemki, a nawet tracił przytomność i nie miało to żadnego wpływu na akcję.

Efekt końcowy jest taki, że nie wiem, o co chodziło organizatorce całego zamieszania pałacowego, ani w ogóle co autor miał na myśli. Im bardziej starał się to wyjaśnić monologami jednej z bohaterek, tym mniej było to dla mnie zrozumiałe. No czyste szaleństwo!

Całe szczęście, że pod koniec pojawił się motyw schizofrenii, którym można usprawiedliwić wszystko, co nielogiczne i ponad miarę zagmatwane. Na koniec, kiedy wszyscy zaczynają się nawzajem mordować, robi sie z tego kryminał, o czym nie wspomniano nawet słowem na okładce.

Szkoda, że po części pierwszej nastapiła druga. Gdyby skończyło się na pierwszej, to mogłabym napisać, że ten debiut bardzo mi się podobał. Bo pisać to Marek P. Wiśniewski umie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *