Martwy od początku

Magdalena Witkiewicz

Opowieść niewiernej

Świat Książki, 2012, stron 224

Naprawdę można cofnąć czas, jeżeli się tego bardzo chce. Czasem tylko nie potrafimy tego zrobić. Nie wiemy, gdzie nacisnąć, by wskazówki się przekręcały w odwrotnym kierunku. Ten przycisk mamy w sobie i od siebie trzeba zacząć. Mnie się udało.

 

(…) Ten romans był katalizatorem zmian. Pokazał mi moje życie w prawdziwym świetle. Bez złudnych marzeń i nierealnych oczekiwań, szare, brudne, nieciekawe, z człowiekiem który mnie po prostu nie kochał.

To fragmenty 17 rozdziału, które zdają się pochodzić z zupełnie innej książki. Brzmią nawet w miarę rozsądnie, choć nie zgadzam się, że czas można cofnąć. Nawet gdyby się nie wiem jak chciało, to się nie da. Można jednak nauczyć się czegoś na własnych błędach i nie popełnić podobnej pomyłki. Można lepiej wykorzystać kolejną życiową szansę.

Ale wracając do sensu przytoczonych wcześniej słów Ewy, nieco egzaltowanej i wyjątkowo niekonsekwentnej bohaterki oraz narratorki opowieści, bo o nie mi głównie chodzi. Niestety nie mają wiele wspólnego z tym, co jest we wcześniejszych 16 rozdziałach. Ewa miota się w jakimś dziwnym związku, wyobraża sobie nie bardzo wiadomo co, buduje zamki z piasku i brnie dalej, choć niby wie, że to wszystko nie ma sensu. Kompletnie niezdolna do jakiejkolwiek decyzji i działania, żeby coś zmienić w swoim życiu. Narzeka, psioczy, że mąż beznadziejny, że wszystko nie tak. I już, już… jakimś zdawałoby się cudem, jest gotowa podjąć męską decyzję i rzucić tego drania, co to zamiast ją kochać tylko pracuje i liczy pieniądze, kiedy nagle jej serdeczna przyjaciółka, która od początku namawia ja do rozwodu, nagle radzi jej się zastanowić i jeszcze raz przemyśleć swoją decyzję. No to mamy kolejne pół książki miotania się, rozwieść się czy nie, a może lepiej zrobić sobie dziecko z mężem kretynem. Tylko na co to dziecko? Żeby jednak się nie rozwodzić i mieć ku temu pretekst, że dla dobra dziecka. I pewnie miotałaby się w tym związku dalej, gdyby nie zrezygnował z niego w końcu jej mąż, Maciek. Nie ma się więc czym chwalić, że jej się udało, coś tam w sobie zauważyła, znalazła przycisk i szast prast wskazówki zaczęły się kręcić w odwrotnym kierunku.

Tak naprawdę to nie jestem pewna czy mąż Ewy nie kochał. Pewnie kochał po swojemu, tylko, że ten związek małżeński od samego początku był dziwny, w pewnym sensie martwy. Według mnie, Maciek się właściwie nie zmienił.

W tamtym czasie, byłam gotowa zrobić dla Maćka wszystko. Nie musiałam mieć nawet białej sukni, welonu i tabunu gości, skoro on nie bardzo tego sobie życzył. Nie chciał wesela, oczepin, rzucania welonami i muszkami w panny i kawalerów, których zresztą zawsze na ten parkiet trudno było wyciągnąć. To było naprawdę nieistotne. Dla niego, mogłam iść do ślubu, ubrana w zwykłą sukienkę, w wianku zrobionym z, wcześniej przez nas zebranych, polnych kwiatów. Ślub był formalnością. Na jego własne życzenie. Ja skończyłam studia, pracowałam za niewielkie pieniądze, on, jak na tamte czasy zarabiał bardzo dużo. Potrzebna mu była żona, by zapłacić mniejszy podatek… Chciał się wspólnie rozliczać…

Gdzieś w opisach książki przeczytałam, że jest to historia o umieraniu związku, ale co tam miało umierać skoro od samego początku (przynajmniej ze strony męża) było w nim więcej kalkulacji niż uczucia?

Chciało mi się rwać włosy z głowy przy czytaniu. Nonsens gonił nonsens. Kiedy bohaterka akurat nie narzekała na męża, to przystrojona w koronki próbowała „ratować” małżeństwo. Odgrzebała też stare znajomości, co zaowocowało w końcu skokiem w bok (nazywanie tego romansem, to według mnie duża przesada). Nie mogłam się nadziwić, że kolejny beznadziejny układ (z jeszcze bardziej beznadziejnym facetem niż własny mąż) w jaki się wplątała, dawał jej satysfakcję. Seks wyglądał na równie byle jaki jak z Maćkiem, no może tylko trochę bardziej pikantny, bo np. w windzie lub na służbowym biurku.

Zdaję sobie sprawę, że takie kobiety mogą naprawdę istnieć i żyć w podobnych związkach, ale czytanie o tym mnie przerosło. Książka może nie jest zła, na pewno znajdą się czytelniczki, które będą się identyfikować z bohaterką powieści. Nie wiem, czy to dlatego, że jestem zupełnie inna niż powieściowa Ewa, czy, że sama za dużo przeszłam w życiu (w końcu mam za sobą nieudany związek zakończony burzliwym rozwodem), czy jeszcze o co innego chodzi, ale niestety historia tego małżeństwa nie poruszyła mnie właściwie nic a nic. A może jestem tylko nietrafioną czytelniczką? Narracji nie mogę nic zarzucić, autorka potrafi pisać, ale czy dla mnie, przekonam się innym razem. Mam jeszcze dwie jej powieści. Przeczytam, choć nie ma pośpiechu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *