Podglądanie Italii

Lucia (Lucyna Kleinert)

Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką

Novae Res, 2013, stron 333

Zacznę od wyjaśnienia co oznacza tytuł książki, bo nie wszyscy lubią zaszyfrowane tytuły. Doczytałam się, że badante oznacza opiekunkę dla osób starszych i niepełnosprawnych, zatrudnioną systemem tempo pieno, czyli będącej do dyspozycji 24 godziny na dobę. Po takim wyjaśnieniu spodziewać się można opisów całodobowej pracy, ale w tym wypadku to nic bardziej mylnego. Owszem, Lucia pisze sporo o swojej pracy i o tym, jak to według mnie niezbyt szczęśliwie określiła „pomogła trzem osobom przejść na drugą stronę”. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie, dzięki niej ludzie, którymi się opiekowała godniej dotrwali do końca ziemskiej wędrówki.

Praca którą wykonuje autorka jest cięższa niż to sobie do tej pory wyobrażałam. W życiu nie dałabym rady opiekować się parą po 80-tce na jaką (między innymi) trafiła Lucia, Ritą z bardzo zaawansowaną sklerozą, ale bardzo sprawną fizycznie, oraz jej mężem Mariem, częściowo sparaliżowanym po wylewie i cierpiącym na częste ataki agresji. Do tego potrzeba anielskiej cierpliwości i ogromnej siły fizycznej. Skąd ona to bierze?

Lucia znalazła się w Italii nie do końca z wyboru. Wybrało za nią samo życie. Podobno kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi zawsze o pieniądze. Tym razem wiadomo o co chodziło i też chodziło o pieniądze. Zmiana ustroju w Polsce postawiła na głowie życie wielu ludziom, między innymi Lucii. Ponieważ nie należy ona do kobiet, które załamałyby ręce, spakowała manatki i ruszyła w poszukiwaniu pracy do Italii. Gdyby nie była Lucią pewnie jej wspomnienia nie byłyby tak ciekawe, ale to kobieta dziesięciu zasad, których się twardo trzyma.

Owszem, pracuje i to dobrze, skoro zostaje z czasem badante najwyższej kategorii i pozostaje w przyjaźni z rodzinami, które opuszcza. Lucia od razu uczy się języka (zasada trzecia) i korzysta z wolnego czasu (zasada szósta) w sposób racjonalny i zorganizowany. Zwiedza (zasada dziesiąta) bliższą i dalszą okolicę w towarzystwie tajemniczego P., o którym wiadomo, że jest przystojny i szpakowaty, świetnie gotuje, jest zazdrosny jak na Włocha przystało, oraz zna się na makaronach, nazywanych w tamtych rejonach Europy od zawsze pastą. Ich wspólne podróże autorka opisuje w detalach. Trochę mnie przytłoczyła ilość zwiedzanych lub mijanych przez nich kościołów. Parkują koło kościoła, idąc mijają następne dwa lub więcej, żeby dojść do jeszcze jednego, a na horyzoncie widzą dwa kolejne. Lucia opisała wiele miejsc, które bardzo bym chciała kiedyś sama zobaczyć. Numer jeden to Acquasanta Terme, czyli grota z wodospadami, gdzie można się popluskać. Numer dwa to Lungomare w San Benedetto, czyli wielokilometrowa nadmorska promenada. Numer trzy to Marche Infernaccio, czyli Gardło czeluści piekielnych w Marche.

Lucia jest bardzo spostrzegawcza, a mieszkając u najprawdziwszych z prawdziwych Włochów ma możliwość podejrzeć Italię od podszewki. I tak już wiem na przykład co to są koronki tombolo, dlaczego Włoszki tak chętnie ubierają się na czarno nawet na śluby, dlaczego o figach należy mówić w liczbie mnogiej, dlaczego Włochów nie zraża NIE i dlaczego waży się makaron przed gotowaniem. Znalazłam w książce jeszcze całą masę innych ciekawostek, o których nie piszą w żadnych przewodnikach.

Fajnie się czyta, pod warunkiem, że najpierw przeczyta się dedykację, która wyjaśnia iż na książkę składają się wpisy z internetowego dziennika TS. Inaczej lektura może się wydać nieco chaotyczna. Ja, jako „doświadczona dziennikowiczka” TS nie mam na szczęście problemu ze skakaniem w czasie i z tematu na temat. Książka Lucii to nie tylko podglądanie Italii, ale też dowód na to, że los lubi płatać figle. Nawet kiedy może się wydawać, że już nic się w życiu nie wydarzy, wszystko może się nagle zmienić, więc rzeczywiście nigdy nie należy mówić nigdy.

Podglądając Italię razem z Lucią polecam zajrzeć na jej blog, bo książka plus blogowe wpisy z masą fantastycznych fotek to jest dopiero to! Szkoda tylko, że blog się nieco „rozjechał”. Nie mogę nie wspomnieć o przepisach na kilka potraw z włoskiej kuchni, które Lucia umieściła w dzienniku. Nie, żebym zaraz miała zamiar rzucić się do garów, ale chętnie bym to wszystko zjadła (z wieloma dokładkami), gdyby tylko autorka zechciała mnie tymi specjałami poczęstować.

Niestety, na koniec muszę się przyczepić do niestarannej redakcji i korekty. Podziwiam panie, które były za to odpowiedzialne, że odważyły się umieścić w książce swoje nazwiska. Jest tyle literówek, błędów gramatycznych, oraz innych kwiatków, że chwilami słabo się robi. Zepsuły tym całość, w tym bardzo udaną szatę graficzną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *