Za co te miliony?

Lauren Weisberger

W pogoni za Harrym Winstonem

Wydawnictwo Albatros, 2009, stron 430

Wakacyjne czytanie szło mi w tym roku wyjątkowo opornie. W Polsce byłam krótko, a program wizyty był bogaty, więc wieczorami zasypiałam nad książką po przeczytaniu tylko kilku stron. Jakoś też tym razem wzięło mnie bardziej na czytanie gazet, których na co dzień w domu nie mam z wiadomych względów.

Jeżeli napiszę, że przeczytałam W pogoni za Harrym Winstonem, to skłamię. Bardziej adekwatne będzie stwierdzenie, że tę powieść zmęczyłam. Kompletnie nie rozumiem popularności tej autorki. Dawno temu, na długo zanim powstał film, przeczytałam powieść Diabeł ubiera się u Prady. Też mi jakoś nie szło to czytanie, jednocześnie czytałam jeszcze coś innego, żeby nie dać się Weisberger zanudzić na śmierć.

Oniemiałam na wieść o tym, że powstanie film i że Meryl Streep zagra w nim Mirandę. Film obejrzałam razem ze starszą córką i stwierdziłam, że jest to jeden z przypadków na milion, kiedy film jest o niebo lepszy od powieści, na której został oparty.

Nie ma wątpliwości, że to przede wszystkim zasługa Meryl Streep! Ona należy do tych aktorek, które umiałyby zagrać genialnie w ekranizacji książki telefonicznej. Ludzie by walili do kin drzwiami i oknami. Jestem pewna, że to właśnie Meryl Streep Lauren Weisberger zawdzięcza błyskotliwy rozwój kariery. Filmowa Miranda jest sto razy lepsza od tej książkowej. Za kolejną książkę Weisberger zainkasowała już okrągły milion (!!!) samej zaliczki. Niestety tej powieści nie czytałam i nie jestem pewna, czy w ogóle po nią sięgnę. Kupować jej nie zamierzam, chyba, ze ktoś mnie nią przypadkiem obdarzy.

Rozpisałam się o „karierze” Lauren Weisberger, a miało być o W pogoni za Harrym Winstonem. Zagadkowy jest już dla mnie sam tytuł, bo poza nim o Harrym Winstonie właściwie jest tylko jeden mały epizod, z resztą bez żadnego wpływu na akcję powieści, która ma być nota bene, wkrótce sfilmowana!

Oto trzy przyjaciółki, jedna bez stałego faceta, druga porzucona właśnie przez innego faceta i trzecia, kochana na zabój przez jeszcze innego faceta. I to chyba wszystko co mogę napisać o bohaterkach. Mniej więcej w okolicach dwusetnej strony zorientowałam się, że mogę je streścić w dwóch zdaniach. W szkole, takie pisanie moja polonistka nazywała wodolejstwem, czyli słowotokiem bez treści. Potem prawie zaczyna się coś dziać, choć sposób narracji jest na tyle nowatorski, że kiedy wydaje się, że już, już coś się nareszcie wydarzy, nagle zaczyna się nowy akapit i akcja przenosi się kilka tygodni lub miesięcy naprzód, a to co się wydarzyło w międzyczasie opisane jest w kilku zdaniach. Aż się chce krzyknąć: Hallo?! Tylko tyle?! Więcej szczegółów proszę!

I tak się to wlecze aż do końca. Po drodze zaś można jeszcze zaliczyć parę literówek, które każą się zastanowić czym zamiast redakcji i korekty zajmują się korektorzy i redaktorzy i co się stało z poczciwą erratą, którą kiedyś każde szanujące się wydawnictwo dołączało z przeprosinami do spartaczonej w druku książki.

Najbardziej ze wszystkiego podobał mi się wątek z papugą Otisem i okładka powieści, choć z tyłu okładki jest tekst, który ma się nijak do treści książki. No ale czego się dziś nie zrobi, żeby marketing był skuteczny?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *