Q. Departament jedyny w swoim rodzaju

Jussi Adler-Olsen

Kobieta w klatce

słowo/obraz terytoria, 2011, stron 411

Autor zrobił zawrotną karierę w rekordowo krótkim czasie. Ma obecnie 62 lata i pisze od kilku lat na „na cały etat”. Pierwszą książkę napisał już w 1985 roku, ale na sławę przyszło mu trochę poczekać. Dopiero jego powieść kryminalna Kobieta w klatce przyniosła mu międzynarodową sławę. I to też nie od razu, bo napisał ją w 2007 roku, a świat o niej usłyszał, mniej więcej, rok temu. To za sprawą nagrody Glasnyckeln (Szklany klucz za najlepszą skandynawską powieść kryminalną roku), którą otrzymał w 2010 roku. Od tej powieści co roku pisze kolejny kryminał. Mam wrażenie, że autor się rozkręca, bo w tej chwili czytam kolejny, napisany rok później, który jest według mnie jeszcze lepszy.

Kobieta w klatce ma w sobie to tzw. COŚ. Już w pierwszym rozdziale autor wrzuca nas w sam środek dramatu i ten sposób narracji się sprawdza. W prologu dowiadujemy się, że parlamentarzystka Merete Lynggaard została porwana. Początkowo nie wiadomo tylko, czy dla okupu, czy też może przez jakiegoś, pożal się Boże, pacyfistę, który chce, żeby jego głos stał się słyszalny.

Autor robi zgrabne skoki w czasie, trochę teraźniejszości, trochę przeszłości, co odpowiednio dozuje napięcie. Okazuje się wkrótce, że sprawa porwania nigdy nie została wyjaśniona, a co gorsza, nawet nikt nie zorientował się, że to było porwanie. Aż trudno mi było chwilami uwierzyć, że tak byle jak prowadzono dochodzenie. Zginęła młoda, zdolna pani polityk i jakoś nikt się tym specjanie nie przejął.

Powstaje Departament Q, który ma za główne zadanie być przykrywką dla sporej dotacji finansowej przeznaczonej dla policji, a sam najlepiej nic nie kosztować. Składa się on z dwóch pracowników, starego wyjadacza z wydziału zabójstw, Carla, z którym szefostwo nie wiedziało co zrobić, oraz jego arabskiego pomocnika, Assada, który słabo mówi po duńsku, a o pracy policji wie tyle co nic. Ten dość nietypowy duet, ulokowany w piwnicznych lokalach kopenhaskiej policji, ma za zadanie przede wszystkim nie przeszkadzać tym, którzy pracują na górze.

Zawaleni aktami spraw, których nie dało się do końca wyjaśnić, na dobrą sprawę nie mają szans na większe sukcesy. Bardziej z przypadku niż z wyboru zajmą się sprawą zaginięcia Merete Lynggaard. Jako czytelnika, bardzo mnie to ucieszyło, bo już od pierwszego rozdziału wiem, że pani polityk żyje. Nie wiem co prawda czy zamiarem autora było, żeby czytelnik też prawie od początku wiedział kto jest porywaczem, ale akurat ja odkryłam ten fakt w bardzo wczesnej fazie powieści, bo w rozdziale dziewiątym. Gdyby nie kunszt pisarski Jussi Adler-Olsena to na pewno nie czytałabym jej do końca w takim napięciu. Możliwe, że w ogóle rzuciłabym ją w kąt!

Świetne tłumaczenie, choć korektor parę drobnych błędów przegapił, wciągająca intryga, rewelacyjny duet Carl – Assad, nic tylko czytać! Gorąco polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *