Ach! Och!

Johan Theorin

Zmierzch

Wydawnictwo Czarne, 2008, Seria ze strachem, stron 454

Jestem po emocjonującej lekturze Zmierzchu, pierwszej części kwartetu Olandzkiego. Zaczęłam czytanie od drugiej i byłam nią zachwycona, tak samo jak jestem teraz zachwycona pierwszą.

Nie dziwi mnie nagroda za „debiut”, który tak naprawdę debiutem nie był, bo Johan Theorin ma na sumieniu jeszcze dwie inne powieści. Napisał je wcześniej, jeszcze przed Zmierzchem, ale wydawnictwo je odrzuciło. Pisząc Zmierzch był na tyle zdesperowany, że gdyby Zmierzch też został odrzucony, zamierzał wydać go na koszt własny i sprzedawać w kiosku w Djupvik, na Öland. Djupvik, to powieściowy Stenvik. Powieść byłaby nietypowym suwenirem przeznaczonym dla turystów odwiedzających Öland i przy okazji zahaczających o Djupvik.

Zanim zaczęłam czytać Zmierzch pojechałam na rodzinną wycieczkę na Öland, a dokładniej na północną część wyspy. Byłam w Djupvik, chodziłam po kamienistej plaży opianej w powieści, widziałam kamieniołom i step porośnięty jałowcami, czyli alvaret.

Moja mama była akurat po lekturze Zmierzchu i przyglądała się wszystkiemu przez pryzmat powieści. Naszym ochom i achom nie było końca. Choć Theorin, jak mówi, wymyślił powieściowy Öland, to jednak spora jego część istnieje naprawdę. Jechaliśmy piaszczystą drogą na klifie przy samym morzu, zachwycając się otaczającym nas pustkowiem. Minął nas tylko raz jakiś terenowy samochód i para turystów na rowerach. Poza tym cisza i spokój, kamienie i jałowce, dzika plaża i morze. Tak wygląda zachodnie wybrzeże wyspy. Wschodnie, to ulubione miejsce szwedzkiej bohemy, jest pełne bzów (akurat kwitły) i wiatraków.

Na wyspie mieszka też wielu artystów plastyków. Dosłownie co parę kilometrów można znaleźć jakąś galerie, gdzie można zobaczyć i kupić ich prace. Moja pamiątką z wycieczki jest jednak to co tworzyła w tym miejscu przez miliony lat natura, czyli kilka olandzkich kamieni.

Johan potrafi naprawdę po mistrzowsku tworzyć atmosferę tajemniczości i niepewności. Nie wiem jak on to robi, ale efekt jest namacalny. Czytając o wyprawie Julii do opuszczonego domu, czułam dreszczyk emocji i autentyczny strach. Coś podobnego przydarzyło mi się ostatnio prawie 40 lat temu, kiedy będąc dzieckiem czytałam powieści przygodowe o skarbach i duchach nawiedzających stare zamki. Potem już nigdy, aż do tej pory…

Historia, która opowiada Theorin, to historia ludzkich losów splecionych ze sobą w szczególny sposób, dla których wspólnym mianownikiem jest właśnie Öland, wyspa niezwykła. Konstrukcja powieści jest podobna do tej w Zamieci, czyli dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych. W trakcie lektury obu powieści miałam poczucie, że autor chce wyraźnie dać do zrozumienia czytelnikowi jak duże znaczenie dla teraźniejszości ma przeszłość, że od przeszłości nie da się uciec, że trzeba ją poznać i się z nią pogodzić, żeby można było odnaleźć się w teraźniejszości.

Po szwedzku wyszła niedawno trzecia część kwartetu. Nie wiem czy poczekam na jej polski przekład, który ukaże się dopiero wiosną przyszłego roku. Chyba wezme się za oryginał. Wzięłam udział w konkursie Ölandsmagasinet. Jak mi się hm… poszczęści, to może wygram Blodläge z autografem autora.

Zmierzch niedługo będzie sfilmowany w autentycznej scenerii wyspy Öland.

Ach! Och!…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *