Johan Theorin, ten sam, a jednak inny

Zaczynam się czuć trochę jak stalker. Gdzie Theorin, tam i ja. Niedawno „obserwowałam” Johana na targach książki w Göteborgu. Parę tygodni temu miał być na spotkaniu z czytelnikami w Borås. Koniecznie chciałam na nim być, ale fatalna komunikacja między Borås a moją mieściną wykluczyła tę możliwość.

Kilka dni temu znalazłam w necie kolejną informację o spotkaniu autora z czytelnikami. Tym razem w sąsiedniej mieścinie. Aż podskoczyłam z wrażenia! Stalker ożył! Zmieniłam wszystkie sobotnie plany i mejlem zgłosiłam się na spotkanie, tak jak sobie tego życzyła organizująca je biblioteka. Dostałam odpowiedź potwierdzającą moje zgłoszenie i już wiedziałam, że nie ma takiej siły, która mogłaby mnie powstrzymać przed przybyciem. No chyba, że powaliłaby mnie nagle jakaś ciężka choroba.

Przyjechałam trochę wcześniej i od razu udało mi się zobaczyć (między bibliotecznymi półkami) autora w towarzystwie jednej z bibliotekarek. Znalazłam wolne miejsce, ale zanim spotkanie się zaczęło zdążyłam jeszcze obejść całą bibliotekę. W dziale literatury obcojęzycznej było AŻ pięć książek po polsku! Sama biblioteka jest dosyć nowa i w momencie otwierania na pewno była urządzona zgodnie z panującymi trendami. Niestety tak to jest z rzeczami super modnymi, że w krótkim czasie stają się super niemodne. Tak więc, dziś biblioteczne wyposażenie nie wygląda już równie imponująco. Mam nadzieję, że nasza, właśnie budująca się biblioteka nie wpadnie w podobną pułapkę.

Spotkanie z moim ulubionym autorem zaczęło się punktualnie. Około stu osób z zainteresowaniem (ja wręcz z zapartym tchem) słuchało jego opowieści. Nie było żadnej nadętej prowadzącej, przedstawiła go jedna z sympatycznych pań bibliotekarek, która potem dyskretnie usunęła się z pola widzenia. Johan Theorin zaczął od przeprosin, że stał do nas przez chwilę odwrócony plecami (układał rekwizyty, z których później korzystał), potem zaczął opowiadać o sobie, o swoich spędzanych w dzieciństwie wakacjach na Öland i rodzinie ze strony matki (z domu Gerlofson), która pochodzi właśnie z tej niezwykłej wyspy. Opowiadał o historiach, które go zainspirowały do pisania. Jest w nich zadziwiająco dużo rzeczywistych, często niewyjaśnionych zdarzeń, którym autor dopisał własne zakończenie. Po mniej więcej godzinie nadszedł czas na pytania czytelników. Ktoś zapytał autora o wydawanie jego powieści za granicą. Jak grzeczna uczennica podniosłam rękę, chętna pokazać polskie wydania jego powieści, które miałam przy sobie. Wiele osób obejrzało je z ciekawością, ale niestety nikt nie zachwycił się ich szatą graficzną. Ci bardziej dociekliwi zastanawiali się, czemu polskie wydanie jest grubsze od oryginału.

Autor bardzo mnie zaskoczył. Wyluzowany i uśmiechnięty, mówił bez przerwy prawie przez godzinę, przeplatając swoją opowieść humorystycznymi dygresjami o przeszłości swojej rodziny. Mogę powiedzieć, że poznałam autora tylko po marynarce i czapce z daszkiem.

Najbardziej zelektryzowała mnie wiadomość, że w maju ukaże się zbiór jego opowiadań. Będzie ich piętnaście. Zapytałam go później, czy nie mógłby pisać szybciej, żeby fani nie musieli tak długo czekać na każdą kolejną książkę. Ze śmiechem odpowiedział, że w tym największy problem, on potrzebuje mniej więcej rok na napisanie powieści, a czytelnik tylko dwa dni żeby ją przeczytać.

Po spotkaniu sprzedawał i podpisywał swoje powieści. Kiedy czekałam na swoją kolej podeszła do mnie sympatyczna blondynka i zapytała o polskie wydania powieści Theorina. Potem zapytała czy ja to ja. Okazało się, że od pewnego czasu jest czytelniczką mojego bloga. Byłam bardzo zaskoczona, mile zaskoczona. Johanowi powiedziała, że odkryła go dzięki mnie, a właściwie mojemu blogowi, czym z kolei zaskoczyła autora, który próbował dociec, czy my się znamy. Kiedy usłyszał, że nie, że widzimy się po raz pierwszy, był jeszcze bardziej zaskoczony. Korzystając z okazji, że nie było już nikogo poza nami i że wreszcie wpadł w moje ręce (czytaj: łapy) wdałam się w pogawędkę. Pochwalił się, że był w Warszawie i Wrocławiu, przy czym zachwycił się zwłaszcza urodą tego drugiego. Żałował tylko, że nie mógł w Polsce opowiedzieć tych wszystkich historii, którymi nas dziś uraczył, bo bariera językowa jest w tej kwestii nie do przezwyciężenia i żaden tłumacz na to nie pomoże.

Był tak uprzejmy, że podpisał mi obie książki. W pierwszej umieścił olandzkie pozdrowienia, a w drugiej napisał, że miło było się spotkać. Nie dość, że świetny pisarz, to jeszcze wyjątkowo uprzejmy.

Później zajął sie pakowaniem swoich książek a ja zeszłam na dół, do wyjścia, z czytelniczką mojego bloga i jej córką. Tam się pożegnałyśmy. Kiedy czekałam aż przyjedzie po mnie mąż, jeszcze raz miałam okazję pożegnać się z moim ulubieńcem numer jeden, który gotowy do drogi opuszczał właśnie bibliotekę. Obiecał jechać ostrożnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *