Dawno, a jednak prawda

Na początku lat 70-tych ubiegłego wieku, kiedy to w podskokach biegłam codziennie rano do szkoły podstawowej, a po drodze mijałam imponujących rozmiarów kiosk RUCH-u na pętli tramwajowej, zaczęła się ta historia. Kiosk był nietypowych rozmiarów i zawierał całkiem imponującej wielkości „dział księgarski”. Codziennie obchodziłam cały kiosk i z nosem przyklejonym do szyby patrzyłam, czy jest coś nowego i ciekawego do czytania. Już wtedy kieszonkowe zamiast iść na paczki, całuski, cukierki, lizaki kogutki, lody bambino tudzież calipso, czy też oranżadę, szło na książki. Śmiało można powiedzieć, że moja domowa biblioteka ma swoje początki w epoce zwanej „Wczesny Gierek”. Mimo, że byłam tzw. aktywistką biblioteczną w swojej szkole i tym sposobem miałam ułatwiony dostęp do książek, to już wtedy żeby coś przeczytać, wolałam kupić niż pożyczyć. I tak mi zostało do dziś.

Właśnie w tym słynnym kiosku na pętli tramwajowej, gdzie pracowali mało sympatyczni kioskarze, zobaczyłam przez szybę, w roku 1974, pierwszą w swoim życiu powieść Joanny Chmielewskiej. Była to powieść dla młodzieży pt. Zwyczajne życie. Jak na tamte czasy miała niesłychanie awangardową okładkę, wiec nie mogła nie rzucić mi się od razu w oczy. Przeczytałam krótki opis umieszczony na okładce i kupiłam ją w przekonaniu, że są to dobrze wywalone pieniądze. Nie zawiodłam się. To właśnie od tamtej chwili zapalałam wielka miłością do twórczości Joanny Chmielewskiej. Tereska i Okrętka szalenie mi przypadły do gustu i dałabym wiele, żeby być jedną z nich, albo chociaż trochę podobną do nich.

Potem już z uporem godnym maniaka szukałam wszędzie jej kolejnych książek. Internetu wtedy nie było, nie było wiec nawet zbyt łatwo dowiedzieć się, czy autorka ma na swoim koncie jeszcze jakieś powieści, których należy bezzwłocznie poszukać, nabyć i przeczytać.

I tak twórczość Joanny Chmielewskiej, która pojawiła się w moim życiu przy kiosku na pętli tramwajowej towarzyszy mi do dziś. Autorka, przez kolejne lata, wyrzucała z siebie powieści często i systematycznie ku mojej uciesze. Niestety po Lesiu, Całym zdaniu nieboszczyka, Wszystkim czerwonym, Romansie wszechczasów, które uważam za wyjątkowe, nadeszły czasy chudsze i kolejne powieści nie budziły we mnie już takiego entuzjazmu. Kupuję wszystkie, które wychodzą, choć przyznam się, że kilku ostatnich jeszcze nie przeczytałam… ze strachu, że znów się zawiodę.

Joanna Chmielewska ma u mnie w domowej biblioteczce swoja własną półkę, gdzie nie leży nic innego poza jej własną twórczością. Tyle jej się mimo wszystko ode mnie należy.

Swego czasu napisałam kilka krótkich recenzji o jej książkach w Merlinie:

 

2000.02.08

Joanna Chmielewska – Lesio

To jest naprawdę to!

To nie do wiary, ale Lesio, a właściwie jego pierwowzór istnieje naprawdę. Zawsze marzyłam, żeby zetknąć się z kimś takim, jak on. Byłby to definitywny koniec smutków i monotonii dnia codziennego. Ta książka jest lepsza niż przysłowiowe różowe okulary. Po prostu wspaniała lektura. Czytajcie i śmiejcie się!

 

2000.02.15

Joanna Chmielewska – Całe zdanie nieboszczyka

Perła J. Chmielewskiej

Trudno uwierzyć , że jedno zdanie (nieboszczyka) może spowodować tyle komplikacji, a jednak… To jest możliwe oczywiście tylko dzięki fantazji Joanny Chmielewskiej i chwała jej za to. Niesamowite przygody bohaterki czyta się jednym tchem. Powieść „akcji”, gdzie wydarzenie goni wydarzenie. I jedno jest bardziej nieprawdopodobne od drugiego. Tragizm opisanych sytuacji pełen jest elementów komicznych, co nastraja optymistycznie i dowodzi że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Chmielewska w szczytowej formie. Gwarantuje czytelnikom natychmiastową poprawę humoru za pomocą kuracji śmiechowej, bo śmiechu nie da się powstrzymać, drogi czytelniku…
 
2000.02.24
 
Joanna Chmielewska – Depozyt
 
Cel uświęca środki, czyli jak odzyskać teczkę pełną forsy
Po paru słabszych powieściach udało się J. Chmielewskiej napisać znowu coś, co może zainteresować. Zaczęłam się już obawiać, że J. Chmielewska bardziej stawia na ilość niż jakość. „Depozyt” świadczy o tym, że chyba jednak nie. Historia absurdalna i byłaby nudna, gdyby nie postać pani Bogusi. Przedstawienie tej postaci, baby-jędzy udało się autorce po prostu doskonale. Pani Bogusia ma tyle cech negatywnych, że aż śmieszy. Bohaterowie powieści mają twardy orzech do zgryzienia, jak poradzić sobie z wredną babą. Historyjka kończy się happy endem i zdaje się, że wszyscy żyją potem długo i szczęśliwie.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *