Tak musiał się czuć Kolumb jak odkrył Amerykę

Wbrew pozorom nie będzie to wpis geograficzny, ani o jednej konkretnej książce, ale o tym co można zrobić z książkami. Jakiś czas temu dostałam propozycję wysłuchania audiobooka, ale nie takiego zwykłego, gdzie czyta jeden lektor, a słuchający po jakimś czasie zostaje tym monotonnym czytaniem po prostu uśpiony, tylko czegoś, co określa się mianem SUPERPRODUKCJA. Nie chciałabym tu zrobić nikomu przykrości, ani tym co uwielbiają audiobooki, ani lektorom, którzy choć dają z siebie wszystko, czasem to i tak niestety okazuje się być za mało, żeby słuchacz nie uciął sobie choćby krótkiej drzemki. Tym razem chodziło o coś, co jak wspomniałam wcześniej, nazywa się superprodukcją. Podeszłam do tego ostrożnie, bo jak coś ma „super” w nazwie, może okazać się jednak czymś zupełnie innym w użyciu. Znam to niestety z autopsji.

Pierwszą superprodukcją, której wysłuchałam była powieść Jo Nesbø Karaluchy. No cóż, po prostu genialne! Aktorzy tak starannie dobrani do ról, że lepiej by się po prostu nie dało, nawet gdyby ktoś się uparł i chciał udowodnić światu, że da się to zrobić jeszcze lepiej. Od razu mówię, że się nie da. Po prostu nie ma takiej możliwości. Szokiem była dla mnie kreacji Izy Kuny, której do końca w ogóle nie rozpoznałam. Co ta dziewczyna wyrabia ze swoim głosem przechodzi ludzkie pojęcie! Miarą mojego zachwytu niech będzie fakt, że wrzuciłam sobie tę superprodukcję do mp3 i słuchałam tyle razy, że umiem już nawet część dialogów na pamięć. Narracja Bonaszewskiego i tzw. udźwiękowienie też najwyższej próby. Reżyserem tej superprodukcji jest Krzysztof Czeczot.

I tak ja, która od lat nie dałam rady żadnemu audiobookowi bez choć krótkiej drzemki, nagle pokochałam superprodukcje. Ktoś trochę starszej daty pewnie dobrze pamięta Codziennie powieść w wydaniu dźwiękowym w „trójce”. To było też coś równie fantastycznego. Mam nawet nagrane na radzieckie kasety całe Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Nie mam jednak na czym odtworzyć, a nawet gdybym miała to nie jestem pewna, czy by się jeszcze dało, bo te kasety od początku były wyjątkowo podłej jakości.

Odkrycie superprodukcji to trochę jak powrót do przeszłości i powieści w wydaniu dźwiękowym. Zaczęło się od Karaluchów Nesbø, potem było Lśnienie Kinga, Ojciec chrzestny Puzo. Marzy mi się jeszcze Święty chaos Harasimowicza, Filip Tyrmanda, Powstanie Warszawskie Ciszewskiego i Gra o tron Martina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *