Hipnotyzer, czyli jestem lekko zahipnotyzowana

Hipnotyzer

SF Studios, 2012

Duet kryjący się pod pseudonimem Lars Kepler zadebiutował powieścią Hipnotyzer. Do tej pory napisali jeszcze trzy (Kontrakt Paganiniego, Eldvittnet, Sandmannen), a pierwsza ku mojej radości wreszcie została sfilmowana.

Reżyser filmu, Lasse Hallström ma na swoim koncie już sporo filmów. Jedne lepsze, drugie gorsze, ale Hipnotyzera można zdecydowanie zaliczyć do tych lepszych. Nie mam wątpliwości, że Lasse mimo wielu lat w Hollywood, potrafi przenieść na ekran mroczne szwedzkie klimaty dużo lepiej niż zrobić typową romantyczną hollywoodzką komedię. W rolach głównych obsadził Lenę Olin, czyli swoją żonę i Mikaela Persbrandta, od lat gwiazdę numer jeden szwedzkiego kina. W postać Joony Linny wcielił się Tobias Zilliacus, zdecydowanie mniej znany, ale za to posiadający odpowiedni fiński akcent w swojej nienagannej szwedczyźnie. Scenarzyście, jakimś cudem, udało się z roli Jonny Linny zrobić rolę drugo- a nawet trzecioplanową. Trochę szkoda.

Ekranizacja, to określenie trochę na wyrost. Powiedziałabym raczej, że jest to film na motywach powieści. Scenariusz koncentruje się na rozwiązaniu zagadki kryminalnej oraz problemach małżeńskich i rodzinnych tytułowego hipnotyzera. Lena Olin może tę, w sumie niewielką rolę, zaliczyć do najlepszych jakie zagrała do tej pory. Jest tak przekonywująca jako zdradzona i zawiedziona swoim związkiem żona, że szczerze jej współczułam przez ponad dwie filmowe godziny.

Niemałą rolę w budowaniu mrocznego nastroju mają wnętrza i… zimowy pejzaż dalekiej północy. Jak ktoś nie lubi kryminałów, to własnie dlatego warto go i tak obejrzeć.

Sceny finałowe filmu zostały nakręcone z iście hollywodzkim rozmachem. Ponad dwadzieścia pięć lat amerykańskiej kariery Hallströma zrobiło jednak swoje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *