Nie szkodzi, że już wcale nie mam miejsca na półkach

Wieki całe nie chwaliłam się tym co mi przybyło do biblioteczki, która już dawno pękła w szwach. Nadrabiam to niedociągnięcie.

Oprócz ostatnio recenzowanych Gutowskiej-Adamczyk, Dibbena i Bennewicza (tej ostatniej pozbyłam się, hm… dość lekkomyślnie w drodze losowania), mój zbiór powiększył się o kilka kolejnych, którymi zaraz będę się chwalić. Niektóre z nich kupiłam w antykwariacie Erikshjälpen, niektóre przyszły pocztą, dwie wzięłam z okna wystawowego SV za darmo, a jedną zamówiłam w księgarni internetowej.

Dwie pierwsze, o których napiszę znalazłam będąc na kursie. Stosy książek leżały w oknie wystawowym SV, przeznaczone do wzięcia, pożyczenia lub wymiany. Wzięłam więc dwie, po prostu nie mogłam im się oprzeć. Allan Bennett napisał książkę Drottningen vänder blad (The Uncommon Reader), w której główne role przypadły angielskiej królowej i bibliobusowi, do którego trafiła spacerując z psami. Słyszałam już o tej książce wcześniej, na bibliotecznym śniadaniu z książką, które od czasu do czasu sobie organizujemy w pracy. Nie mogłam uwierzyć, że leży sobie w oknie i nikt jej nie wziął. Musiała widocznie czekać na mnie. Oprócz niej wzięłam sobie jeszcze Sommarljuss Jona Kalmana Stefanssona, islandzkiego pisarza nagrodzonego za tę właśnie powieść. Zapowiada się bardzo interesująco. Na kolejne zajęcia kursu wybrałam trzy książki z własnych zbiorów, które położyłam w wystawowym oknie SV w zamian za te, które sobie wzięłam wcześniej. Nie miałam sumienia tak po prostu wziąć sobie dwóch i nie dać nic w zamian. Dając trzy za dwie, poczułam się od razu lepiej.

Kolejna wśród prezentowanych grzbietów, to już wcześniej recenzowana przeze mnie Sprawa zaginionych książek Iana Sansoma. Wyszła w wydaniu kieszonkowym, a ja, zachwycona nią, po prostu musiałam ją mieć na własność, więc zamówiłam i mam.

Anders De La Motte, to najprawdopodobniej nazwisko warte zapamiętania. [geim], to jego debiut, bardzo udany, bo nagrodzony przez Svenska Deckarakademin, jako najlepszy debiut roku 2010. Jeszcze nie czytałam, choć ukazała się już nawet kontynuacja p.t. [buzz]. Wydanie kieszonkowe świadczy o tym, że książka ma wzięcie, a mnie na dodatek, udało się kupić ją za grosze w antykwariacie.

Änglavakter, to trzecia powieść Kristiny Ohlsson, wydanie szwedzkie. Pierwszą mam po polsku, drugiej jeszcze nie mam (na razie!). Też wresja kieszonkowa i też za grosze w antykwariacie.

Kolejna nowość w mojej biblioteczce to Eva Jurija Woronina i Rinata Wałujewa. Wydana przez jeszcze mało znane wydawnictwo CEL, które może się pochwalić dopiero kilkoma pozycjami na swym koncie, ale dla rusofila bardzo interesującymi. Eva to historia kobiety, która dotarła na szczyt polityczny i biznesowy. Na okładce można przeczytać, że nie jest to książka o Julii Tymoszenko, choć losy obu kobiet są bardzo podobne. Dla mnie historia Tymoszenko, kobiety znikąd, której udało się wydać córkę za angielskiego arystokratę, dojść do wielkich pieniędzy i zrobić polityczną karierę w kraju, gdzie kobiety w polityce są rzadkością, jest zagadką. Chętnie się dowiem „jak to się robi”.

Jedz, módl się, jedz czyli jak przypadkiem znalazłem spokój, równowagę i oświecenie Michaela Bootha będzie świetnym aneksem do podróży mojej córki po Indiach i jej opowieści co tam przeżyła i zobaczyła. Zdjęcia i filmiki, na których uwieczniła wprost nieprawdopodobną egzotykę rozbudziły moją ciekawość. Można z niej też podobno dowiedzieć się czegoś o facetach 40+, a to temat, który nie jest mi obojętny z osobistego punktu widzenia. Mam takiego faceta w domu i coraz częściej wrażenie, że nie znam się nic a nic na męskiej logice. Książka podobno iskrzy humorem i autoironią, czyli to jest coś akurat dla mnie.

Wyklęte pokolenia Janusza Rolickiego właśnie czytam. Wspaniała saga rodzinna, ciągnąca się od 1864 roku aż do 1945, na Ukrainie, w Rosji, na Syberii i w Polsce. Jest to powieść o Polakach i polskości, tęsknocie i rozdarciu. Jeżeli mieszka się za granicą, myślę, ze odbiera się ją chyba w sposób szczególny. Napiszę o niej obszerniej wkrótce, po przeczytaniu całości.

Dwie ostatnie, to perły rodem z PWN. Jeżeli jakieś wydawnictwo gwarantuje wysoki poziom tego co wydaje, to jest to dla mnie właśnie PWN. Arystokracja. Polskie rody Marcina K. Schrimera i Dobre maniery w przedwojennej Polsce Marii Barbasiewicz, to fantastyczne opracowania z imponującą bibliografią, pięknie wydane, a ilością fotografii (zwłaszcza ta pierwsza wymieniona) przypominające pamiątkowy album rodzinny. Przejrzałam je dokładnie od razu po rozpakowaniu paczki trzęsącymi się z emocji rękami, a wkrótce przeczytam powoli i dokładnie, delektując się i treścią i fotkami. Fantastycznie lekkostrawna lekcja historii gwarantowana. Podobnie było w przypadku opisanych kiedyś przeze mnie, dwóch pozycji PWN o okresie międzywojennym.

No i kto by w takiej sytuacji przejmował się brakiem miejsca?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *