Nowy rok czas zacząć i podziękować staremu

Starym zwyczajem nie będzie statystyk, ile i jakie książki przeczytałam, bo gdyby to kogoś miało obchodzić, to pewnie tylko mnie, ale nawet ja jestem średnio ciekawa. Ile by ich nie było i tak zawsze mam wrażenie, że stanowczo za mało. Jednak generalnie uważam rok za czytelniczo udany, mając na myśli jakość lektur, a nie ich ilość. Niedługo ujawnię Śliwki w czekoladzie 2012, czyli moją doroczną nagrodę dla najlepszej książki, którą przeczytałam w ubiegłym roku.

Rok zakończyłam oczywiście zakupami kolejnych tytułów, choć obiecałam sobie, że tym razem będzie decydował rozsądek, a nie euforia. Wyszło coś pomiędzy…

Na fotkach brak jednej, pięknie wydanej przez Muzę, ostatniej, niedokończonej powieści Nabokova, którą udało mi się kupić w ulubionej księgarni w Gemini za 30 złotych, zamiast 80! Kupiłam też sporo książek dla dzieci i młodzieży do biblioteki, bo tylko o takie zostałam poproszona.

Jedną z ostatnich miłych rzeczy, które mi się przytrafiły pod koniec roku, była wiadomość, że dostałam się na warsztaty translatorskie organizowane w Gdańsku. Informacja nadeszła mejlem, a nazwanie mnie w niej „tłumaczem”, wprowadziło w stan euforii, który utrzymuje się do tej pory. Teraz jeszcze tylko wybłagać (jutro) u szefowej kilka dni wolnego na każde ze spotkań i będę przez najbliższe miesiące krążyć między Gdańskiem a moją mieściną.

Nowy rok zaczął się fatalnie. Zatrułam się tak, że kilka pierwszych dni wypadło mi właściwie z życiorysu. O to co się stało, najbardziej podejrzana jest rybka w galarecie z sylwestrowego bufetu. Pewności jednak nie mam. To wydarzenie pomieszało mi wszystkie plany na pierwsze dni nowego roku. Zdążyłam się jednak spotkać z dwiema absolutnie fantastycznymi paniami, ewfor i felicją79. Z tą ostatnią stanowczo za krótko, ale niestety nie byłam jeszcze najzdrowsza, a w dodatku spotkanie odbyło się w krótkiej przerwie w trakcie pakowania się w drogę powrotną, więc inaczej się nie dało. Mamy z felicją79 pewne plany, którym już przyklasnęła ewfor, ale o tym nieco później.

Miałam ambitne plany czytelnicze na okres świąteczny, ale poza wspólnym czytaniem z córką nic mi nie wyszło. Byłam zbyt zajęta rozmowami z mamą, spotkaniami z rodziną, bieganiem po księgarniach, piciem latte w Coffeeheaven w towarzystwie męża i chorowaniem. Zdążyłam jednak zobaczyć dwa bardzo, ale to bardzo dobre polskie filmy (Supermarket, Mój rower) i pójść na interesujący undergroundowy koncert trójmiejskich formacji (o zgrozo, nikt nie nazywa się dziś zespołem) w ramach festiwalu Metropolia jest OK.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *