Göteborg 2011, czyli wróciłam pijana…

… od nadmiaru wrażeń. Tyle naraz może człowieka spotkać tylko na targach książki w Göteborgu. Właśnie odbywają się kolejne. Pisarze na wyciągnięcie ręki! Premiery, rabaty na nowości, nieco starsze tytuły w cenach jak z Taniej Książki.

Byłam w czwartek, w pierwszy dzień targów, czyli w dniu dla ludzi z branży. W tym roku tematem przewodnim jest literatura niemieckojęzyczna. Przyznam się jednak, że nie rzuca się to za bardzo w oczy.

Czwartek zaczęłam wcześnie. Wstałam przed szóstą rano, a przed ósmą byliśmy już w drodze. Pięć koleżanek z wydziału kultury, biblioteki i ja. Przez deszcz, służbowym busem gnałyśmy na północny zachód. Dojechałyśmy na miejsce kilka minut po dziesiątej, a już wszystkie wielopiętrowe parkingi w pobliżu targów były zajęte. Zatrzymałyśmy się trochę dalej, gdzie wolne miejsca były i tak już tylko na trzecim piętrze.

W hali targowej, mimo wczesnej pory, kłębił się zbity tłum. Trafić gdziekolwiek nie było łatwo, teren targów był w tym roku fatalnie oznaczony. Plan hali targowej nie był zbyt pomocny, przypominał raczej zaszyfrowaną mapę poszukiwaczy skarbów.

W domu przygotowałam sobie listę na jakich spotkaniach z pisarzami chciałabym być. Po drodze do Göteborga nerwowo przeglądałam gazetę targową, żeby znaleźć oznaczone symbolami miejsca i godziny spotkań. Oczywiście w gazecie nie było wszystkiego, ale o tym przekonałam się dopiero na miejscu.

Nie zdążyłam na ŻADNE z zaplanowanych wcześniej spotkań. Niektóre były tylko kilkunastominutowe, więc przemieszczenie się z jednego końca hali na drugi w ciągu kilu minut było fizycznie niemożliwe, ze względu na odległości. Zbity tłum i kiepskie oznaczenia boksów też się do tego przyłożyły.

Spotkało mnie jednak kilka niespodzianek, które wynagrodziły mi całą nieudaną resztę.

Numer jeden. Stoję jak zahipnotyzowana i wpatruje się w stos najnowszej powieści Johana Theorina Sankta Psyko. Nie powinno jej tam być, bo premiera przewidziana jest na 29 września. No cóż, dla targów robi się pewnie wyjątki… Wpatruje się więc w ten stos i boję się dotknąć, żeby nie zniknął. Podnoszę wzrok na faceta stojącego obok i widzę, że to Johan Theorin, we własnej osobie. Stoję jak zaczarowana, zaskoczona całą tą sytuacją. Przegapiłam chwilę kiedy mogłam mu powiedzieć, że niewykluczone, że jestem jego największą fanką w całej Skandynawii. Po chwili jest już przy nim kilku dziennikarzy, strzela flesz i sypią się pytania. Stoję i słucham, nie mogę się pozbyć wrażenia, że to wszystko mi się śni. Korzystam jednak po chwili z okazji i też strzelam mu parę fotek. Spoglądam na ekran monitora nad głową i widzę, że za chwilę zacznie się spotkanie z autorem na scenie wydawnictwa. Idę tam i widzę, że jest na miejscu już sporo osób. Wszyscy stłoczeni, bo miejsca mało a każdy chce coś usłyszeć i zobaczyć pisarza. O tym, co mówił napiszę przy innej okazji.

Numer dwa. Przyglądam się wielkim stosom książek na stoisku wydawnictwa, które wydaje tylko format pocket. Nagle ktoś puka mnie w plecy. Myślałam, że to któraś z koleżanek na mnie wpadła. Odwracam się i widzę nieznajomą, która się ze mną wita i pyta, czy lubię czytać kryminały. W ręku trzyma trzy powieści Carin Gerhardsen. Potakuję, że owszem. Pyta, czy czytałam te. Zgodnie z prawda mowie, ze jeszcze nie, ale kupiłam już wcześniej wszystkie trzy. To ja je napisałam mówi sympatyczna blondynka a ja, zupełnie zaskoczona, wyrażam żal, że nie mam przy sobie żadnej z jej książek, żeby poprosić o autograf. Te trzy powieści, to tzw. seria o Hammarby (Domek z piernika, Mama, tata, dziecko, Vyssan lull), której akcja toczy się w Hammarby, jednej z dzielnic Sztokholmu. Krytycy określają Carin Gerhardsen jako poważną konkurentkę Lizy Marklund, Camilli Läckberg i Anny Jansson.

Carin składa więc swój autograf na odwrocie mojej targowej karty identyfikacyjnej. Rozmawiamy chwilę o jej najnowszej powieści z serii o Hammarby (Święty) i żegnamy się serdecznie.

Numer trzy. Stoję przy ladzie jednego z wydawnictw. Zamierzam wziąć sobie katalog. Zerkam na osobę, która stanęła obok. To Jan Guillou. Czeka na chętnych na autograf w swojej nowej książce, Budowniczowie mostów, która ma właśnie swoją premierę. To pierwszy tom jego nowej historycznej serii, kronice XX wieku. Autor mówi o niej tak: nikt nie zna tej historii. Jest zapomniana.Opiszę w niej też początki kolonializmu, który był istotny dla XX wieku.

Po chwili pojawia się jedna czytelniczka, potem następne. Tłoku nie ma, bo najprawdopodobniej pisarz pojawił się tu przed czasem, a nie zgodnie z wcześniej ustalonym grafikiem. Nie pierwszy raz wpadłam na niego niespodziewanie. Tym razem nie zareagowałam tak histerycznie, jak kiedyś na sztokholmskiej starówce.

Kupiłam kilka książek, odwiedziłam kilkanaście stoisk ulubionych wydawnictw, wzięłam ich katalogi. Czytając je teraz w domu przedłużam sobie obecność na targach.

Wychodząc z targów przeczytałam nad głową wielki napis: Zapraszamy znów za rok, 27-30 września 2012, temat przewodni: literatura nordycka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *