Dnia targowego ciąg dalszy

Bardzo uważnie się rozglądałam za Johanem Theorinem, zwłaszcza w pobliżu jego książki, ale bez rezultatu. Miałam ze sobą polskie wydanie Smugi krwi, którego okładką chciałam go trochę postraszyć i poprosić o kolejny autograf. Gdyby czas pozwolił, chciałam też powiedzieć mu o akcji wakacyjnej, choć żeby go nie wpędzić w depresję, nie zamierzałam mu mówić, że AŻ dwie osoby dały się namówić na wzięcie w niej udziału.

Zbliżała się pora seminarium, więc przerwałam nieudane poszukiwania i odnalazłam na mapie salę seminaryjną J1, a potem kolejne pół godziny zajęło mi dotarcie do niej. Po drodze zahaczyłam o stoiska Dagens Nyheter, Aftonbladet i innych dużych dzienników, pozwoliłam się obdarować gazetką, która, gdyby ją nazwać Millennium, byłaby dokładnie tą z trylogii Stiega Larssona. Pozwoliłam też poczęstować się cappucino, ale że częstował mnie znany kucharz, autor kilku książek kulinarnych, to się akurat nie zorientowałam. Znalazłam też arcyciekawą książkę o szwedzkich antykwariuszach, którą zamierzałam nabyć po seminarium, gdyż była wielkości i wagi XL. Trudno by mi było ją upchać pod krzesło.

Seminarium „Wszędzie dobrze, w domu najlepiej?” było bardzo interesujące, choć trochę zboczyło z głównego tematu, którym miała być polityka wydawnicza, ze szczególnym uwzględnieniem tłumaczeń literatury obcej. Nic specjalnie odkrywczego nie usłyszałam, ale poważnie zastanowiła mnie jedna rzecz, dlaczego winę za znikomą ilość przekładów zwalano na brak dotacji na ten cel, skoro powszechnie wiadomo, że tłumacze zarabiają grosze, a zakup praw autorskich to też żadna niebotyczna suma? Pięćdziesiąt minut minęło jak z przysłowiowego bicza strzelił. Byłam głodna i spragniona i za butelkę wody targowej oddałabym królestwo.

Wszędzie były takie tłumy, że z jedzenia zrezygnowałam, bo szkoda mi było czasu, za to jednym haustem wlałam w siebie sporej wielkości butelkę wody mineralnej. Zjechałam znów na parter (seminarium było na pierwszym pietrze), dźwigając bardzo nieporęcznych, szwedzkich antykwariuszy. Potem zafundowałam sobie na stoisku najlepszych na świecie długopisów w rozsądnej cenie, ładny długopisik, na którym przemiła pani wygrawerowała mi moje blogowe imię, bookfa.

Potem znów ruszyłam między książki. Niektóre przyciągały mnie okładkami, szczególnie (jak zwykle!) te angielskie. Zauważyłam też, że pojawiają się naśladowcy Jonassona i powstają nowe dzieła z emerytami w roli głównej. Sporo uwagi poświęciłam literaturze dziecięcej i młodzieżowej, jako, że oprócz tego, że jestem przypadkową bibliotekarką, jestem też bibliotekarką dziecięcą. Czternasta część przygód rodzeństwa Petrinich, ucieszy nie tylko dzieciaki. Ucieszyła też bardzo moją córkę i mnie. Będziemy miały co czytać razem w długie jesienne wieczory. Nowa powieść niezwykle utalentowanej, niedawnej debiutantki Anny Ehring też ucieszy wielu. Autorka bije chyba rekordy szybkości pisania, bez negatywnego wpływu na jakość. Katarina Mazetti, doskonała pisarka dla dorosłych i mniej doskonała dla dzieci, ma już kolejną powieść dla młodszych czytelników. Pierwszą przeczytałam z ciekawością, ale się rozczarowałam. Napiszę wkrótce więcej na ten temat.

Nareszcie, po kilkunastu latach czekania jest kolejny Pettson i Findus. Na tę książkę czekali wszyscy, i dzieci i dorośli: Findus się wyprowadza.

No cóż, ile by nie kręcić nosem, oburzać się i deklarować, że się tego nie przeczyta, była na targach bardzo obecny Grey Eriki Leonard James, i w oryginale i w szwedzkim przekładzie. Nie zarzekam się, że nie przeczytam. Jak nie dam rady całej, to chociaż kawałek, tylko nie wiem jeszcze kiedy. Jednak raczej w dalszej, niż bliższej przyszłości.

Jan Guillou, prawdziwy lew targowy, rozdawał uśmiechy, prezentował i podpisywał drugi tom swojej nowej serii historical fiction Dandys. Wydany kilka miesięcy wcześniej, pierwszy tom Budowniczowie mostów był prawdziwym hitem bibliotecznym. Do tej pory trzeba czekać w kolejce, żeby go wypożyczyć.

Atrakcją targów miał być fotel zrobiony z książek. Jednak bardziej mnie zdegustował niż ucieszył. Wkręcanie śrub w książki uważam mimo wszystko za wandalizm.

Zobaczyłam też autorki przy pracy. Karin Gerhardsen rozdającą autografy i Helen Tursten, która opowiadała o początkach swojej kariery, kiedy to wzięła udział w konkursie na powieść kryminalną. Szukano wtedy piszących kobiet, gdyż kryminały pisali przede wszystkim mężczyźni. Wyniki konkursu zaskoczyły wszystkich. Z dwóch „kryminalistek”, w krótkim czasie zrobiło się około pięćdziesiąt!

Wśród wydań pocket znalazłam całą serię Karin Alfredsson o Hellen Elg, co jest bardzo istotne właśnie dla tej serii, żeby nie posądzić autorki o jakieś bliżej niesprecyzowane antypatie, co stało się w Polsce, gdyż wydawnictwo Czarna owca, wydało tylko jedną, na dodatek nie pierwszą z tej serii. W poczucie winy wpędziła mnie kolejna nowość Kristiny Ohlsson. Do tej pory nie przeczytałam ani jednej jej książki, a nie słyszałam też ani jednej złej opinii na temat którejś z nich.

Dane mi też było spróbować szczęścia w hazardzie, czyli loterii książkowej. Jak to zwykle bywa, nic nie wygrałam.

Gdyby zdarzył się cud i ktoś po wizycie w polskim boksie nabrał ochoty na polonica, to Bokia miała niespodziankę. Jedna jedyna (a nawet trzy w jednej!) książka polskiego autora, którą udało mi się zobaczyć na targach:

Do następnych targów już tylko rok! Tematem przewodnim będzie Rumunia.

I to by było na tyle. O moich targowych zakupach przy kolejnej okazji.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *