Fragment większej całości, która nigdy nie powstała

Cieszy mnie pomysłowość niektórych blogerek w wymyślaniu różnych akcji. To niezła odskocznia od ciągłego pastwienia się nad przeczytanymi książkami i tak to traktuję.

Avo_lusion z krainaczytania namawiają, żeby zamiast pisać o pisaniu innych, napisać coś samemu. To może być niezła zabawa. Nie biorę w tym udziału ale chętnie poczytam zmagania innych z tworzeniem wielkiej literatury w małym formacie, czyli opowiadaniach. Akcja ma nawet podobno szansę zakończyć się papierowym wydaniem całości.

Dyskusja, która się wywiązała pod wpisem u avo_lusion pokazuje, że może trochę zbyt serio traktujemy pisanie i dbamy o jego poziom, już na zapas się bojąc, że może wypaść poniżej średniej. Biorąc pod uwagę liczbę robiących dziś „karierę” grafomanów, nazywających się dumnie pisarzami uważam, że cała ta akcja może jednak wypaść powyżej średniej, czego organizatorkom życzę.

Przy okazji przypomniało mi się, że sama kiedyś nabrałam ochoty, żeby coś napisać. Zainspirowały mnie netowe dzienniki, które skrupulatnie pisałam i czytałam przez wiele lat. Czasami można było przeczytać tam tak nieprawdopodobne historie, że aż trudno było uwierzyć, że są choć częściowo prawdziwe. Planowałam stworzyć wielkie dzieło typu chick-lit, ale już po chwili wiedziałam, że po prostu nie potrafię i skończyło się na małym fragmencie większej całości. Mole książkowe mogą być mi za to wdzięczne. Jednego grafomana mniej.

Był to rok 2005. Odnalazłam ten kawałek i proszę bardzo…

Objawy szczęścia Franki Z.

I

Franka Z. ziewnęła z nudów. Randka miała być przyjemna, ale coś dziwnie odwlekał się jej początek. Ewentualny przyszły narzeczony się spóźniał i Franka Z. zaczynała się nudzić. Wypiła dwie wody mineralne niegazowane, bo podobno gazy nie są dobre dla urody, a jeszcze gorsze dla wnętrzności. Opita wodą niegazowaną czekała cierpliwie.

Faceci mają to do siebie, że często się spóźniają. Ciągle powtarzała to sobie na pociechę i koleżankom na usprawiedliwienie się, że często siedzi i czeka, zamiast pójść sobie, najpóźniej po przysłowiowym akademickim kwadransie.

Ziewnęła po raz drugi i wbiła wzrok w parę przy stoliku obok. Zauważyła, że najpierw przyszedł facet, miał nawet ze sobą śliczną małą różyczkę. Na widok dziewczyny, która zjawiła się jakiś czas później, cały się rozpromienił. Teraz siedzieli sobie i coś szeptali, od czasu do czasu parskając śmiechem. Franka Z. była pewna, że kogoś obgadują. Cieszyła się, że ich nie zna, bo dzięki temu miała pewność, że to nie z niej się śmieją.

Ewentualny narzeczony o wdzięcznym imieniu Lutek ciągle się nie pojawiał. Franka Z. z powodu swej słabości do płci przeciwnej zaczęła się niepokoić. Pewnie wpadł pod tramwaj albo przejechał go samochód. Inaczej by przyszedł. Wcale go przecież nie namawiała na tę randkę, zadzwoniła do niego tylko dziesięć razy. Za każdym razem był strasznie zajęty, ale w końcu się z nią umówił. Czekała już dwie godziny i zastanawiała się od którego szpitala zacząć poszukiwania. Lutkowi musiało się coś stać. Innej możliwości nie było!

II

Lutek nie wierzył własnym oczom. Zajrzał ukradkiem do kawiarni i zobaczył Frankę Z. Umówili się cztery godziny temu. Czekała na niego do tej pory. Lutek odruchowo poprawił włosy, chociaż ten gest był starannie wypracowany i wielokrotnie przetestowany przed lustrem. Lutek podobał się kobietom i wiedział o tym. Nie raz słyszał, że jest podobny do Travolty albo innego gwiazdora. Ze wszystkich najbardziej mu się podobało porównanie z Travoltą. Nie umiał tańczyć ani śpiewać, ale miał inne walory. Tego był pewien. Nie bardzo umiał jakieś wymienić, ale przystojny był i to było najważniejsze. Dziewczyny za nim szalały. Najlepszym przykładem była Franka Z. Dzwoniła do niego dokładnie dziesięć razy prosząc o spotkanie. W końcu się zgodził, ale wcale nie miał zamiaru na nie iść. Ciekawość jednak zwyciężyła i będąc w pobliżu poszedł sprawdzić, czy na niego czeka. Czekała. Wycofał się zadowolony.

Franka Z. była całkiem atrakcyjną dziewczyną i pewnie by się z nią sam umówił, gdyby go tak nie zamęczała swoimi telefonami. Im częściej dzwoniła, tym mniej miał ochotę się z nią spotkać. W końcu stracił tę ochotę całkiem. Pierwszy raz zobaczył ją na imprezie u Wacka. Wpadła mu w oko od razu. Lubił takie elegantki jak ona. Przyniósł jej drinka i zaczęli rozmawiać. Po pięciu minutach wiedział już, że ma faceta, ale nie jest z nim szczęśliwa. Właściwie to ten facet nie jest już nawet jej facetem, bo właśnie tam w kącie ściska się z Elką, jej koleżanką jeszcze ze szkoły. Nie widziały się całe wieki ale i nie stęskniły za sobą. Lutek Elkę znał całkiem dobrze, bo do niedawna była jego dziewczyną. Nawet się kiedyś zastanawiał, czy się z nią nie ożenić, ale szybko mu przeszło, bo kto by chciał mieć taką żonę. W kółko miała coś do powiedzenia i wszystko wiedziała lepiej. Nikt by tego nie wytrzymał, a już na pewno nie on. Lutek wolał mówić sam i najlepiej mu wychodziło mówienie o sobie. A było o czym mówić. W końcu był inżynierem, więc miał się czym chwalić. Matka sprzątaczka, ojciec szewc, a on inżynier. O rodzicach nie mówił zbyt wiele, ale o sobie owszem. I lubił jak go słuchano. Franka Z. okazała się wdzięczną słuchaczką. Była nim oczarowana, zwłaszcza kiedy usłyszała, że jest inżynierem. Rozumiał ją doskonale, bo sam był z siebie dumny. Wyszedł z kawiarni wolnym krokiem.

III

Franka Z. wlokła się do domu noga za nogą. Nie chciało jej się tam wracać. Elka właściwie zabrała jej faceta, ale Gucio wcale się nie wyprowadził. Po imprezie u Wacka to on zrobił jej awanturę! Twierdził, że czepia się bez sensu. Nic się przecież nie stało, a Elka to jego znajoma, więc może z nią gadać kiedy chce i ile chce. Franka Z. wcale nie miała pretensji o gadanie tylko o ściskanie. Gucio się wściekł i w końcu obraził. Od tamtej pory nastały ciche dni. Franka Z. miała tego dość i zbliżając się do domu postanowiła, że go przeprosi. W sumie to on miał rację, czepia się go o byle co. Każdy ma swoje sposoby rozmawiania ze znajomymi, a ona jest po prostu za mało wyrozumiała. Skoro się nie wyprowadził, to znaczy, że kocha ją, nawet jeżeli obściskuje się z innymi. Zamierzała go przeprosić i zrobić pyszną kolację na zgodę. Może jej w końcu wybaczy i odezwie się do niej. Sama zresztą nie jest lepsza, bo umawia się na kawę z Lutkiem.

Porzuciła myśl szukania Lutka po szpitalach. Nie zrobi tego Guciowi. Gucio jest taki kochany, a ona taka wredna. Jak mogło jej przyjść coś takiego do głowy? Umawiać się z innym, kiedy ma własnego faceta! Zrobiło jej się słabo. Nie jest godna Gucia! Zrobi wszystko, żeby znów było dobrze. Wie jak, bo podobnych awantur było już kilka. Elka nie była pierwsza, choć najgroźniejsza. Zabrała się za Gucia ostro, ale przecież Gucio też ma w tym wszystkim coś do powiedzenia. Franka Z. nie mogła uwierzyć, że jest taka głupia. Przecież Gucio tyle razy jej tłumaczył, że on po prostu rozmawia, a ona wyobraża sobie od razu nie wiadomo co. Musi nauczyć się słuchać co do niej mówi, bo w końcu naprawdę się wścieknie i wyprowadzi. Tego Franka Z. nie zniesie. Nie wyobraża sobie rozstania. Kocha Gucia nad życie i chce być z nim. Na zawsze!

Ruszyła raźniejszym krokiem, zastanawiając się co zrobi na kolację, żeby udobruchać Gucia. Pod domem nie zauważyła jego samochodu, co ją trochę zdziwiło. Z kluczami w garści wbiegła po schodach. Otworzyła drzwi i serce przestało jej bić. W domu panował bałagan. Już na drugi rzut oka zorientowała się co się stało. Gucio spakował swoje rzeczy! Nie wszystkie jeszcze, ale na stole zobaczyła opartą o wazon kartkę na której stało jak byk, że po resztę wróci wkrótce. Franka Z. myślała, ze zemdleje. Jak mógł zrobić jej coś takiego! Tak go przecież kochała! Z żalu nad sobą zalała się łzami.

IV

Gucio dowiedział się o planowanej randce Franki Z. od Elki. Najpierw nie uwierzył, potem się wściekł, a na końcu ucieszył. Elka, była dziewczyna Lutka, opowiedziała mu dokładnie o bombardowaniu jej byłego narzeczonego telefonami. Franka Z. dzwoniła do niego dziesięć razy! Nie do wiary, do czego ta wariatka jest zdolna, myślał. Trudno mu było uwierzyć, że to prawda, ale czemu miałby właściwie nie wierzyć? Franka Z. była namolna i jak już się uczepiła czegoś, to nie było na nią siły. Wiedział to z własnego doświadczenia. Kiedy poznał Frankę Z. i zaczęli się spotykać, czuł, że wpadł. Należała do tych kobiet, co to się owiną wokół faceta i nie puszczą. Gucio akurat wtedy rozstał się z Jolką, więc Franka Z. spadła mu jak z nieba. Miała własne mieszkanie, a on nie miał się akurat gdzie podziać. Franka Z. już po pierwszej randce chciała, żeby z nią zamieszkał. Skwapliwie się zgodził, bo Witek nie mógł go dłużej u siebie gościć. Zwalił się Witkowi na łeb znienacka, ponieważ Jolka, zrywając z nim, od razu wywaliła go ze swojej kawalerki. Spakował wiec manatki i pojechał taksówką do Witka.

Witek, kumpel jeszcze ze szkoły średniej, oczywiście go przyjął, ale od razu zapowiedział, że nie na długo. Guciowi zależało wiec na szybkim znalezieniu lokum i wtedy pojawiła się w jego życiu Franka Z. Mieszkanie u niej było jak pobyt w luksusowym hotelu z pełnym serwisem. Gucio cieszył się, że jego mieszkaniowe problemy się skończyły. Do czasu. Sprawa się skomplikowała, kiedy zorientował się, ze Franka Z. zamierza wyjść za niego za mąż. Gucio wpadł w popłoch, bo była to ostatnia rzecz, którą zamierzał zrobić akurat z Franką Z. Postanowił więc rozstać się z nią zanim będzie za późno. Zaczął nawet śnić koszmary, w których główną rolę grała właśnie Franka Z. Śniło mu się, że siłą ciągnie go do ołtarza, a tam już czeka uśmiechnięty ksiądz. Budził się zlany potem ale szczęśliwy, że to tylko koszmarny sen. Postanowił się wyprowadzić, ale nie miał za bardzo dokąd. Ten problem może dałoby się jeszcze jakoś rozwiązać, gorzej było z reakcjami Franki Z. Kiedy tylko napomykał o tym, że czas na zmiany w ich relacji nie oznacza wcale małżeństwa, Franka Z. wpadała w rozpacz. Potrafiła mazać się godzinami, a to zamiast wzruszać Gucia, doprowadzało go do szału. Franka Z. oczywiście, zawsze całą winę za to co się dzieje, brała na siebie. Z początku było mu nawet trochę głupio, ale potem sam zaczął w to wierzyć. Nawet uznał to za logiczne. Przecież, gdyby Franka Z. była kobietą jego marzeń, to wcale nie myślałby o zerwaniu. To mu poprawiało samopoczucie, ale utrudniało też moment rozstania, bo Franka Z. zawsze potrafiła wybłagać jeszcze jedną szansę. Gucio nie chciał okazać się zimnym draniem, więc postanowił, ze poczeka na jakiś pretekst, żeby odejść bez konieczności tłumaczenia dlaczego to robi.

Złość na Frankę Z. że lata za innym właściwie od razu mu przeszła. Nareszcie ma pretekst, żeby ją zostawić! Dla pewności poszedł do kawiarni, żeby sprawdzić wiarygodność opowieści Elki. Rzeczywiście Franka tam była, ale bez Lutka. Nie zauważyła go, bo wpatrywała się w parę przy sąsiednim stoliku. Wycofał się więc dyskretnie i poszedł do domu pakować swoje rzeczy. Wszystkiego nie dał rady zabrać, zostawił więc kartkę, że po resztę zjawi się później. Zamierzał to zrobić, kiedy Franka Z. będzie w pracy, bo nie miał ochoty na żadne konfrontacje. Już sobie wyobrażał cyrk, jaki by urządziła. Pakując się postanowił, że pojedzie do Elki. Spotykali się już od jakiegoś czasu i wiedział, że jej się podoba. Guciowi Elka też się podobała, a zwłaszcza to, co wyprawiała z nim w łóżku.

***

 

Wszystkim, którzy doczytali do końca, serdecznie gratuluję.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *