Mocna rzecz o mobbingu

Antonina Kozłowska

Czerwony rower

Wydawnictwo Otwarte, 2009, stron 232

Miałam szczęście, albo los tak chciał. Albo jedno i drugie. Książka Antoniny Kozłowskiej wpadła mi w ręce zupełnie przypadkowo, znalazłam ją na moim ulubionym stoliczku taniej książki w Gdyni. Lubię to miejsce zakręconego mola książkowego, który przed swoją księgarnią ma ten stoliczek z książkami. Kiedy jestem w Gdyni szperam na nim i daję szansę sobie i książkom zupełnie mi nieznanych autorów. Tak właśnie wpadł mi w ręce Czerwony rower, tytuł od razu skojarzył mi się z czytanym kiedyś Niebieskim rowerem.

Czerwony rower był wakacyjnym zakupem, który teraz przeczytałam i przyznam się, że po zakończeniu lektury nie mogłam zasnąć miotana emocjami.

Bohaterki powieści są młodsze ode mnie mniej wiecej 10 lat. Mimo to, czytając o ich wczesnomłodzieńczych latach miałam wrażenie, że pochodzą z zupełnie innej epoki. Nie wiem, czy to dlatego, że Polska od lat 70-tych zaczeła tak gnać do przodu, czy może dlatego, że one wychowywały się na peryferiach wielkiego miasta, a ja właśnie w dużym mieście. Emocjonalnie są mi odległe o cale lata swietlne. Gdyby były nastolatkami dzisiaj, to może łatwiej byłoby mi przełknąć całą tę historię. To dziś młodzież potrafi nawet zamordować, żeby zrobić tym prezent kumplowi na urodziny. Może wtedy jednak też tak było?

Moje nastoletnie lata to raczej koleżeństwo oparte na prawdziwej przyjaźni. Jedyna dziewczyna w klasie, która nie miała za bardzo z kim pogadać na przerwach była córką marynarza, ubierała się w Pewexie i odświeżała oddech tic-tacami. Nikt jej tego za bardzo nie zazdrościł, o ile dobrze pamietam. Byliśmy pokoleniem w jeansach Odry i tenisówkach ze Stomila. Marynarzówna była inna, więc wszyscy jej unikali i nikt nie zabiegał o jej przyjaźń, bo do nas po prostu nie pasowała. Nie miała lekko.

Bohaterki powieści Kozłowskiej są inne. Imponuje im dziewczyna pełna kompleksow ukrytych pod maską wystudiowanego luzu i wulgarności. Godzą się na wiele w imię „przyjaźni”. Piszę to słowo w cudzysłowie, bo naprawdę nie rozumiem jaka relacja łączy te dziewczyny. Ani w czasach gdy były nastolatkami, ani tym bardziej później, kiedy stały się dorosłymi kobietami. Jeżeli jeszcze mogę zrozumieć tę nastoletnią „przyjaźn”, to tej w wieku dorosłym już zupełnie nie. Zwłaszcza, że tajemnica, która nie daje im spokoju powinna je raczej na zawsze rozdzielić. Dziwi mnie fakt, że jedna z nich, która od lat zna szczegóły tej tajemnicy, mówi o nich głośno dopiero po około20 latach, choć regularnie się spotykają.

Jednak prawdę mówiąc, to co mnie tak dziwi i denerwuje w tej książce tak naprawdę jest jej zaletą. To nie jest grzecznie opowiedziana historia, to jest historia, która daje do myślenia.

Na okładce można przeczytać, że autorka potrafi ubrać w słowa skomplikowane relacje międzyludzkie. Ot blurb, pomyślałam, czytajac to. Ale nie! To jest najprawdziwsza prawda. Były fragmenty, które czytałam po kilka razy, oszołomiona właśnie tą umiejętnością autorki. To jak np. w kilku słowach scharakteryzowała rodzinę Marciniaków i życie złotowłosego Arka, powinno się studiować na kursach creative writing. Genialne!

Przyczepić mogę się tylko do dziecinnych ubranek (wolę jednak dziecięce) i aparatu do prostowania zębów. Weronika prostowała sobie zęby raczej aparatem ortodontycznym, a nie ortopedycznym (strona 114).

Wiem, że autorka ma na koncie jeszcze jedną powieść, którą po prostu MUSZĘ gdzieś znaleźć i przeczytać, tak samo jak MUSZĘ przeczytać wszystkie następne, które napisze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *