Płaczka w Paryżu

Agnieszka Moniak-Azzopardi

Niania w Paryżu

Prószyński i S-ka, 2012, stron 303

Co można napisać o książce, kiedy po jej przeczytaniu stwierdza się, że najlepsza jest jej okładka?

Swoją drogą też nie bardzo wiadomo, kto jest na tej okładce, skoro płaczliwa bohaterka powieści według opisu autorki posiada blond loczki. Poza tym, co może jest mniej istotne, bo na okładce tego nie widać, jest też blada i ma małe rączki. Pisząc o niej „płaczliwa” wyjdę pewnie na nieczułą zmorę, bo przecież dziewczę tyle w tej Francji przeszło! Gdyby jednak płakała w trudnych życiowo momentach, to byłoby to zrozumiałe, ale ona płacze już po raz pierwszy jadąc przez Paryż taksówką, chwilę po dotarciu do Paryża orbisowskim autobusem. Potem płacze dalej co kilka stron, a to na widok betonowej łazienki, a to podczas rozmowy telefonicznej z nie bardzo ukochanymi rodzicami. I tak już do końca powieści. Podejrzewam, że ta płaczliwość miała pokazać jaka jest delikatna i wrażliwa, a niestety pokazała jaki z niej mazgaj i zamiast wzbudzać współczucie, po prostu irytuje.

Tytuł powieści sugeruje, że będzie to coś w stylu wcześniejszych, napisanych z humorem opowieści o nianiach. Nic bardziej błędnego. Poziom i styl powieści jest żenujący, a postać Ani, głównej bohaterki, egzaltowanej życiowej niedojdy, niezdolnej do logicznego myślenia, nie budzi ani sympatii, ani współczucia. Ania rodem z Poznania, przypomina raczej pruderyjną i zakłamaną dziewuchę, która czegoś chce, ale sama do końca nie wie czego.

Rodzina, z której pochodzi wydaje się być bardziej pochłonięta sprawami wiary niż wychowywaniem swoich dzieci. Jedyną radą na kłopoty, którą służy Ani brat, jest propozycja, żeby się pomodliła. Co niedziela Ania chodzi oczywiście na msze do paryskiego kościoła, chociaż brzydzi się towarzystwem, które się tam zbiera.

Przygotowanie do dorosłego życia otrzymała nie w domu, a w kościelnej Oazie. Daje się więc poderwać pierwszemu lepszemu facetowi w garniturze (i z teczką) na przystanku autobusowym, a po kilku tygodniach jest zakochana po uszy, bo facet jest miły i mówi jej komplementy. Nauki Oazy poszły jednak w las i mimo, że w pewnym momencie przypomina sobie, że kościół nie pochwala seksu przedmałżeńskiego, to jednak zamierza zgrzeszyć i bierze w tym celu skróconą lekcję wychowania seksualnego u koleżanki. Pyta jak to będzie za pierwszym razem, co to takiego gra wstępna, skąd będzie wiedziała, że jest gotowa, jak się to odbędzie i czy boli za pierwszym razem. Gdyby to była bohaterka XIX-wiecznej powieści, to jeszcze dałoby się to przełknąć, kiwając głową, co to za czasy były, ale dziś taka historyjka po prostu śmieszy.

Dziewiętnastoletnia dziewuszyna pouczana przez rodziców, że ma koniecznie zawierać znajomości i utrzymywać kontakty, które „mogą się przydać” ukrywa przed rodzicami swój związek. Ukrywa przed nimi zresztą też wiele innych spraw, co nie wydaje się znów takie dziwne, biorąc pod uwagę z jak dysfunkcyjnej rodziny pochodzi.

Autorka powieści jest podobno specjalistką od problematyki współczesnej Rosji, ale niestety wątki polityczne pojawiające się w powieści są przedstawione stereotypowo i bardzo naiwnie. Wszechobecna krytyka wszystkich i wszystkiego, a więc Francji i Francuzów, Polski i Polaków, jest denerwująca i nie wiem co ma udowodnić, ale przeświadczenie, że wszyscy wokół są idiotami przede wszystkim nie świadczy dobrze o tym, kto tak twierdzi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *